Advertise with Googlier.com Blog.Dawid-Izydor.pl https://blog.dawid-izydor.pl Przemyślenia mniej i bardziej trafione Wed, 23 Sep 2026 11:31:51 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=7.1.3 Jak pokonałem paraliż decyzyjny dzięki SkedPalowi https://blog.dawid-izydor.pl/psychologia/jak-poradzilem-sobie-z-paralizem-decyzyjnym-dzieki-skedpalowi/ Sat, 19 Sep 2026 18:48:35 +0000 https://blog.dawid-izydor.pl/?p=826 Masz kilka wolnych godzin na realizację planów, ale nie wiesz, od czego zacząć. Siedzisz w pracy i zostały ci dwie godziny. Chciałbyś coś zrobić, ale lista zadań, którymi mógłbyś się zająć, zdaje się nie mieć końca. Albo nadszedł weekend i chcesz wreszcie zacząć jeden z wielu zaplanowanych kiedyś projektów – tylko który? Znasz to uczucie, gdy nadmiar opcji całkowicie blokuje działanie?

Właśnie ten problem rozwiązuje SkedPal. Aplikacja pozwala utworzyć plan na podstawie przedstawionych zadań i wyznaczyć, co robić oraz kiedy. Wystarczy wprowadzić do niej sprawy do zrobienia, określić ich priorytet, szacowany czas oraz goniące terminy. SkedPal synchronizuje się z twoimi kalendarzami, dzięki czemu nie zaplanuje zadania w czasie zarezerwowanym już na coś innego. System sam wyliczy i rozłoży zadania w kalendarzu, a jeśli zauważy, że przy aktualnych priorytetach nie jesteś w stanie dotrzymać ostatecznego terminu, od razu cię ostrzeże. Co ważne sprawdza się to zarówno przy projektach zawodowych i obowiązkach domowych, jak i przy planowaniu czasu na relaks i hobby.

Największa zaleta SkedPala? Zdejmuje z ciebie ciężar podejmowania decyzji i sam odpowiada na pytanie: ,,Co teraz zrobić?’’. A jeśli zignorujesz jego sugestię i zajmiesz się czymś innym, porzucone zadanie nie przepada. Jeśli masz ustawione automatyczne ponowne planowanie, to SkedPal sam znajdzie dla niego nowy termin.

Podstawy: hierarchia zadań

SkedPal oferuje rozbudowaną serię samouczków, które krok po kroku przeprowadzą cię przez konfigurację. Opcji jest sporo i bardziej zaawansowani użytkownicy z pewnością docenią możliwość precyzyjnego dopasowania narzędzia pod siebie. Na początek wystarczy jednak opanować samą koncepcję hierarchii zadań. Prezentowana jest ona w zakładce Outline i stanowi fundament całej platformy.

Hierarchię buduje się tu w prosty sposób: tworząc zadania jako podzadania innego zadania. Przykładem może być obsługa zgłoszenia przez klienta. Na początek mogą pojawić się trzy osobne podzadania: sprawdzenie dokumentacji, analiza podobnych przypadków z przeszłości oraz przegląd kodu źródłowego. SkedPal uwzględni je w harmonogramie, a po ich wykonaniu automatycznie przejdzie do zaplanowania zadania nadrzędnego. Jeśli w trakcie pracy przyjdzie ci pomysł na kolejne podzadanie, można go w każdej chwili dodać lub zmienić ich kolejność.

Aby przenieść priorytet rozwiązania ticketu, wystarczy przesunąć zadanie, a jego podzadania zostaną przeniesione razem z nim. Jeśli przypiszesz mu jakieś domyślne wartości, jak np. godziny, w których możesz pracować nad ticketami, to wszystkie podzadania automatycznie je odziedziczą. Gdy w przyszłości będziesz chciał dodać kolejne podzadanie, nie będziesz musiał kopiować tych ustawień.

Istotną zaletą SkedPala jest też brak sztywnych limitów dotyczących długości zadania. Dla porównania: w Reclaimie, o którym pisałem w styczniu, granulacja wynosiła 15 minut. Osobiście zadania, które zajmują mało czasu, lubię sobie grupować jako listę i realizuję je zbiorczo, np. w jednym dziesięciominutowym bloku.

Bardziej zaawansowane opcje

SkedPal świetnie radzi sobie z elastycznymi zadaniami, które można swobodnie przesuwać w czasie. A co z zadaniami, których się nie da? Doskonałym przykładem są spotkania służbowe – odbywają się w konkretnym dniu i o określonej godzinie, więc potraktowanie ich jak zwykłego zadania i przesunięcie nawet o pół godziny oznacza, że się je przegapiło.

Z pomocą przychodzą integracje z kalendarzami, np. po połączeniu aplikacji z Kalendarzem Google, SkedPal automatycznie traktuje wpisane tam wydarzenia jako czas zarezerwowany i precyzyjnie planuje zadania wokół nich.

Kolejną kluczową funkcją są tzw. Mapy Czasu (Time Maps). Pozwalają one zdefiniować okna czasowe, w których zadania z danej kategorii w ogóle mogą zostać zaplanowane. Najlepiej widać to na przykładzie harmonogramu dnia pracy: tworząc osobną mapę dla spraw zawodowych (np. w godzinach 9:00-17:00) oraz prywatnych (18:00-20:00), zyskujesz pewność, że obowiązki z pracy nie będą pojawiać się po 17, a zadania osobiste przed tą godziną.

O priorytecie zadań na codzień decyduje ich kolejność w Outline. Funkcja Board służy natomiast do nadpisywania tego układu w przypadku pilnych spraw, które chcesz zachować w odpowiednim miejscu wcześniej utworzonej hierarchii. Board pozwala na przesunięcie takiego zadania na początek kolejki bez modyfikowania układu w Outline. Jeśli zmienisz priorytet zadania z Normal na ASAP, to trafi ono przed wszystkie inne zadania z priorytetem Normal. W przypadku zadań o tym samym priorytecie (np. dwóch ustawionych na ASAP) o kolejności rozstrzyga Outline.

Dzięki tym ustawieniom nie musisz stale pamiętać o całej liście obowiązków ani obawiać się, że coś zapomnisz – po prostu wprowadzasz nowe rzeczy do systemu i pozwalasz mu działać.

Ograniczenia

Największym ograniczeniem aplikacji jest sam użytkownik. Nawet najlepszy plan na nic ci się nie przyda, jeśli go nie zrealizujesz. SkedPal ułatwia organizację pracy, jednak ostateczne wykonanie zadania zależy od ciebie. Kolejną barierą bywa próg wejścia, który dla wielu osób może być dość wysoki. Jako komputerowy geek spędziłem nad konfiguracją jedno popołudnie i bawiłem się świetnie, ale wiem, że dla osób mniej zafascynowanych takimi systemami, może to być trudniejsze. Plus jest taki, że kiedy raz dostosowałem konfigurację do swoich oczekiwań, to nie musiałem tego zmieniać przez kilka kolejnych miesięcy.

A dla kogo SkedPal się nie sprawdzi? Przede wszystkim dla osób, które nie zmagają się z paraliżem decyzyjnym. Jeśli twój czas pracy jest zorganizowany przez kogoś innego lub polega na powtarzaniu jednej czynności, to SkedPal spełnia rolę tylko w życiu prywatnym, co mocno ogranicza jego potencjał.

Podsumowanie

SkedPal to narzędzie skutecznie wspomagające realizację zadań i uwalniające potencjał osób, które cierpią na problem paraliżu decyzyjnego.

Chcesz rozwinąć któryś z wątków albo masz pytania? Napisz do mnie!

]]>
Lato roku 2012 https://blog.dawid-izydor.pl/opowiadania/lato-roku-2012/ Wed, 26 Aug 2026 21:04:04 +0000 https://blog.dawid-izydor.pl/?p=821 Lato roku 2012 było jednym z najszczęśliwszych okresów mojego życia — myślała pomarszczona od starości kobieta, patrząc przez okno, o które uderzały krople jesiennego deszczu. Siedząc na swoim ulubionym bujanym fotelu, kiwała się delikatnie — nawyk, którego nauczyła się w dzieciństwie i którego nigdy się nie wyzbyła. Ta pora roku zawsze sprawiała, że robiła się melancholijna, niezależnie od tego, czy miała lat osiemnaście, jak tamtego pamiętnego roku, czy siedemdziesiąt, jak jeszcze, zdawałoby się, tak bardzo niedawno.

Ogród za oknem był dobrze zadbany. Drzewa smagane wiatrem kołysały się, zrzucając żółkniejące liście. Porzucone przez drzewa spadały, by utknąć samotnie w przystrzyżonych przez ogrodnika krzewach. Katarzyna nigdy nie zajmowała się swoim ogrodem sama. A przynajmniej nie więcej niż kilka pojedynczych dni, które utwierdziły ją jedynie w przekonaniu, że absolutnie nie cierpi pracy fizycznej i nie rozumie, jak ktoś może chcieć coś takiego robić na co dzień.

Od zajmowania się domem, ogrodem, zakupami czy jedzeniem miała ludzi. Zresztą, nawet teraz jakiś służący był w zasięgu słuchu, ukryty wystarczająco mocno, by nie przeszkadzał jej swoją obecnością, a jednocześnie dość blisko, by na każde jej zawołanie mógł odpowiedzieć swoją pracą. Katarzyna dobrze opłacała swoją służbę — i równocześnie wymagała od niej odpowiedniego traktowania. Pracowała na to całe życie, nie dając sobie czasu na odpoczynek, rezygnując z przyjemności, z chwili szczęścia. Wyszła z samego dna na samą górę — i miała zamiar z tego korzystać.

Wyciągnęła rękę w kierunku kryształowego kieliszka. Chłód szkła i orzeźwienie płynące z kojącego działania zwykłej wody mineralnej wyrwały ją na chwilę z rozmyślań. Od dobrych pięćdziesięciu lat nie piła alkoholu; rzucenie picia było chyba najrozsądniejszą decyzją, jaką kiedykolwiek podjęła.

Pomyślała o swoim bracie. Nie widziała go już tak długo… Nie była pewna, czy ten pełen werwy i chęci do życia chłopak, jakim go zapamiętała, jeszcze gdzieś żył, czy też zatracił się w którejś z wielu swoich nagłych eskapad. Katarzyna czuła też, że Adrian wcale nie tęsknił za życiem, które tutaj miała. Może wynikało to z faktu, że nie wiedział, co traci. Jeśli chciałby ją znaleźć, to trafiłby tutaj bez problemu — wiedział, że bliskich zawsze przyjmie i ugości. Numer telefonu Katarzyny nie zmienił się od dzieciństwa, dbała o to, by osoby znające go od zawsze nadal mogły się z nią skontaktować. Skoro nie chciały, to nie miała zamiaru uszczęśliwiać nikogo na siłę, nie tak, jak robiła to ich matka. Podejrzewała jednak, że chodziło o coś innego: o tę niekończącą się i zawsze zaskakującą dawkę chaosu, która towarzyszyła takim ludziom niezależnie od tego, gdzie się pojawiali. Ich się nie zatrzymuje. Życie jest dla nich zbyt krótkie, żeby cokolwiek doprowadzić do końca.

W dzieciństwie brat był jej głównym źródłem szczęścia. Potrafił rozbawić ją niezależnie od sytuacji i miejsca. Często miała wrażenie, że im sytuacja i miejsce wymagały więcej powagi, tym on bardziej starał się tę powagę rozbroić. W 2007 roku, gdy zmarła ich sąsiadka, kobieta, przy której spędzili kilka lat życia, która opiekowała się nimi wtedy, gdy żaden z rodziców nie miał na to czasu (albo ochoty), ośmioletni Adrian bezczelnie zapytał, dlaczego wszyscy się smucą. Niepojętym zdawało się w jego nieuporządkowanym umyśle, że ludzie, którzy jednego dnia mówią o tym, że śmierć jest przejściem do Królestwa Bożego i początkiem nowego, szczęśliwego życia — następnego dnia smucą się, że bliska osoba właśnie tam się znalazła.

— Nie powinniśmy się cieszyć, że pani Nilaskowa umarła? — pytał wtedy matkę. — Przecież i tak przez lata choroby cierpiała, to teraz będzie w końcu szczęśliwa i bez bólu kolan. Nie powinniśmy się ubrać jakoś na kolorowo? Czerwoną koszulkę? I zaśpiewać „Jesteś szalona” nad jej grobem? Przecież ona bardzo lubiła tę piosenkę! Zawsze się śmiała, gdy jej to śpiewaliśmy!

Matka na te pytania albo odpowiadała piorunującym spojrzeniem, albo wprost punktowała: „nie jesteś aż taki głupi, żeby tego nie rozumieć”, „nie powinnam ci chyba takich rzeczy tłumaczyć” czy „po prostu nie rób mi wstydu”. Ostatecznie nie zabrała Adriana ani na ten pogrzeb, ani na żaden kolejny. Nieprzewidywalność chłopaka nie pasowała do tak poważnego miejsca.
— Mam ochotę na herbatę — odezwała się Katarzyna, nadal patrząc przez okno. Zdawała się nie mówić do nikogo konkretnego. — Tylko może nie tę liściastą. Zróbmy wyjątek i dzisiaj zaparzmy coś z torebki. Myślałam o moim bracie i tak naszła mnie ochota na zmianę… Tę cynamonową, z jabłkiem.

Służba oczywiście od razu usłyszała. W domu było całkowicie cicho. Poza uderzeniami deszczu o szyby i tykaniem zegarów powoli wybijających rytm życia, nic więcej w domu się nie działo. Żadnych konwersacji, żadnych znajomych, żadnych dzieci ani wnuków. Dla Katarzyny było idealnie. Nawet jeśli wstydziła się tej myśli, to w pewien sposób ulżyło jej, że brata tutaj nie ma. On od razu by coś wymyślił. Zagrałby na fortepianie ustawionym w salonie, zacząłby opowiadać żarty albo, o zgrozo, flirtowałby z kobietami z kuchni czy którąś ze sprzątaczek. Tak samo bardzo, jak patrząca na swój idealny ogród kobieta tęskniła za swoim młodszym bratem — cieszyła się, że go tu nie ma.


Jakieś sześćdziesiąt lat wcześniej, w połowie lipca 2012 roku.

Słońce wpadające przez szybę okna wyrwało go ze snu tak nagle, że potrzebował chwili na zrozumienie, że niebieskooka dziewczyna, którą właśnie miał pocałować, wcale nie istnieje naprawdę.
— Ahhhhh, DLACZEGO NIE MOGŁEM POSPAĆ JESZCZE PIĘĆ MINUT?! — powiedział spokojnie, niechcący budząc tym samym siostrę i matkę.
— Co się drzesz? — odpowiedziała ta druga. — Ludzie tu śpią. Pomyślałbyś czasem o innych.
— Przecież nie krzyczę — odpowiedział szczerze. — Zresztą ogólnie to się zgadzam i sam też bym jeszcze pospał. Przecież właśnie o to mi chodziło!
— Nie rób z siebie pajaca. A jak już nas obudziłeś, to przydaj się na coś i zrób nam kawę.
— Jak wy możecie to pić? — zapytał raczej sam siebie. Odniósł wrażenie, że matka i siostra wywróciły oczami w dokładnie tym samym momencie.

Ale pytanie było szczere. Wychowując się z dwiema starszymi od siebie dziewczynami — a w zasadzie z dziewczyną i kobietą — widywał ich poranny rytuał picia kawy i zastanawiał się, jak to możliwe, że nie widzą, że są od tego napoju uzależnione. Dosłownie: pierwsza rzecz, którą robiły po przebudzeniu, to wypicie kawy. I żeby to chociaż było dobre — próbował raz i wiedział, że napój jest cierpki. Dlatego ją słodzimy, odpowiadały mu matka z siostrą. I dodajemy mleko. No ale jak chcecie pić mleko i cukier, to nie potrzebujecie kawy, a kawa ma mnóstwo skutków ubocznych, zwiększa ciśnienie krwi chociażby. I sprawia, że serce bije szybciej. I pewnie, może i czuje się euforię na chwilę, ale to dlatego, że ciało przechodzi w tryb walki o przetrwanie.
Na dobrą sprawę nie był pewny, ile z tych rzeczy powiedział na głos, a ile było tylko w jego głowie. Zerknięcie na Kasię i mamę niewiele pomagało. Były przyzwyczajone do jego dziwności, a przed śniadaniem starały się unikać prowadzących donikąd dyskusji. Chłopak wiedział swoje, one swoje, i żadne przekonywanie nie było w stanie zmienić zdania tej drugiej osoby.
Sobie szykował herbatę. Lubił pić coś razem z rodziną, a że nie lubił kawy, to prosił, żeby kupowały mu herbatę. Loyd, Hot Winter. Jabłko z cynamonem. Jego ulubiona.

W lipcu nie było jej nigdzie, bo to była herbata na święta, więc prosił mamę, żeby w styczniu, kiedy herbata schodziła z półek, robiła mu zapas. Potem rozkładał sobie paczkę na cały rok. Miał zasadę, że sięga po nią tylko wtedy, kiedy dzień źle się zaczyna, ewentualnie gdy źle się kończy. Gdyby pił ją codziennie, to raczej skończyłaby się do marca. Dzisiaj wyjął jedną, jeszcze zanim postawił czajnik.

Tego, dla równowagi, nie rozumiała jego siostra. Skoro już miał pić herbatę — to dlaczego nie jakąś dobrą? Liściastą, cejlońską? Coś porządnego, zamiast najtańszego gówna ze sklepu?
— To nie jest najtańsze — mówił jej wtedy. — To jest droższe od waszej kawy, przynajmniej w przeliczeniu na jedno parzenie. Wychodzi taniej tylko dlatego, że nie piję jej codziennie!
Nigdy to niczego nie zmieniało. Kasia nie odwracała nawet głowy od okna.
A przecież miał gotową odpowiedź, tylko nikt nigdy nie chciał wysłuchać jej do końca. Nie chodzi wcale o picie herbaty, a o to, żeby posiedzieć razem i pogadać. I nie chodzi o to, czy jest droga, czy tania. Liściasta, cejlońska, importowane liście — dla Adriana to były herbaty dla ludzi, którzy chcą się przez herbatę poczuć lepsi od innych. Jemu wystarczało, żeby smakowała dokładnie tak samo jak ostatnim razem. Cynamon i jabłko. Zawsze to samo.

Mniej więcej w tym momencie elektryczny czajnik zagotował wodę, a Adrian mógł zalać kubki wypełnione tym, co każdy sobie zażyczył. Był z siebie dumny — zrobił wszystko tak, jak chciały. Teraz możemy sobie usiąść i poopowiadać, co się każdemu śniło — myślał. Na pewno będą zaintrygowane, kim jest ta niebieskooka dziewczyna z czarnymi włosami…
— Zapomniałeś o mleku — przerwała mu myśli matka. — O tym właśnie mówiłam, nigdy nie myślisz o innych. Zawsze tylko o sobie. Nie wstawaj, sama se zajdę.
— Weź mi też cukier, proszę, mamo — dodała siostra.
— Nie mówiłyście „kawę z mlekiem” albo „kawę z cukrem”, tylko po prostu „kawę!” — bronił się chłopak. — Jakbyście powiedziały „poproszę kawę z mlekiem”, to bym wam taką przyniósł! I jakbyście powiedziały „przynieś cukier”, to też bym go zabrał!
— Zawsze piję kawę z mlekiem. I zawsze ją słodzę. Jakbyś wyjrzał czasem zza swojego telefonu, to byś to zobaczył — odparła matka, kręcąc bezradnie głową. Siostra ziewnęła tylko.

Kiedy matka wyszła do kuchni po mleko i cukier, Kasia sięgnęła do plecaka i wyciągnęła małą, płaską, szklaną butelkę. Odkręciła ją bezszelestnie, dolała sobie czegoś do kubka, zakręciła i szybko schowała z powrotem. Zerknęła przy tym w stronę drzwi, nie patrząc w ogóle na brata.Adrian widział wszystko: butelkę, ruch nadgarstka, to, że siostra sprawdza drzwi. Zarejestrował nawet napis na etykiecie, bo litery były duże, a on czytał odruchowo każdy tekst, który wpadał mu w pole widzenia, nawet jeśli wcale nie chciał.

Wniosek nasunął mu się natychmiast: kawa jest cierpka — same to przyznawały, przecież dlatego ją słodzą. Kasia dolewa do niej wódki. Czyli wódka poprawia smak kawy. Prawdopodobnie jest słodka, tylko nikt mu tego nigdy nie powiedział, bo dorosłym się nie chce tłumaczyć takich rzeczy. Kiedy matka wróciła z mlekiem i cukrem, Adrian obserwował siostrę bardzo uważnie. Nie skrzywiła się ani trochę, pijąc wciąż przecież jeszcze gorącą kawę. Więc musiało być dokładnie tak, jak myślał. Dopisał to sobie w głowie do listy rzeczy ważnych.

Zapach kawy roznosił się po pomieszczeniu. Właściwie lubił jej zapach — i tym bardziej dziwiło go, dlaczego nie lubi jej smaku. Nawet chciałby lubić. Byłoby prościej. Kasia miała już osiemnaście lat, więc jej było wolno pić alkohol, jemu jeszcze nie. Ale jak będzie starszy, to też spróbuje tak doprawić kawę i może wtedy w końcu zacznie mu smakować, i będzie mógł pić ją rano razem z matką i siostrą. Zostało mu pięć lat. Policzył to w głowie i uznał, że to wcale nie jest aż tak długo. Może nawet dzięki kofeinie byłby wtedy trochę bardziej skupiony, jak wszyscy mu powtarzali, że powinien być. Póki co nie lubił — i co miał niby na to poradzić.

Wynajęty pokój nad morzem był zdecydowanie zbyt ciasny jak na te wszystkie przemyślenia. Herbata była poza tym jeszcze za ciepła.
— Skoczę do sklepu po świeże bułki — zaproponował. — Wrócę, a herbata przestygnie.
— Tylko nie kupuj jakichś głupot. Masz tu pieniądze na bułki i ser, masło jeszcze mamy. Resztę przynieś. Nie kupuj nic więcej, zrozumiałeś? I tak już za dużo wydaliśmy na tych wakacjach…
Pokiwał głową. Dwie rzeczy do kupienia: bułki i ser. Wrócę i wypiję herbatę, będzie akurat idealnie ostudzona. Dam radę wszystko zapamiętać.

W sklepie było chłodno i pachniało pieczywem. Adrian stanął przed koszem z bułkami i powtórzył sobie listę. Bułki i ser. Najpierw wziął dwie bułki. Potem podszedł do lady z nabiałem. Wybór: ser w kostce albo w plastrach. Kostka była tańsza o złotówkę. Wybrał kostkę i przez całą drogę powrotną był z siebie zadowolony, bo przecież mama sama mówiła, że za dużo wydali na tych wakacjach. Resztę oddał jej co do grosza, zanim zdążyła o nią zapytać.

— Dwie? — Matka popatrzyła na bułki. — Nas jest troje.
— Powiedziałaś „bułki”. Bułki to dwie albo więcej, a chciałem zaoszczędzić, więc dwie wyszły najtaniej — odpowiedział szczerze. — Jakbyś powiedziała „trzy bułki”, to bym kupił trzy.
Matka nabrała powietrza i wypuściła je bardzo powoli, tak, żeby było słychać.
— To ja w takim razie nie będę jadła śniadania.
— To weź moją, ja i tak…
— A to co? — matka przerwała mu, biorąc ser do ręki.
— Ser.
— W kostce.
— Tak, to jest ser w kostce – potwierdził.
— Czemu nie wziąłeś pokrojonego?
— Bo ten był o złotówkę tańszy — dodał z nadzieją, że doceni oszczędność, o której regularnie wspominała.
— Aha. — Odłożyła kostkę na stół. — To pokrój go teraz, nie będę robić całe życie wszystkiego za ciebie.
Wyszła na zewnątrz zapalić. Adrian siedział przy stole z dwiema bułkami, kostką sera i uczuciem, które najpewniej było głodem. Przez chwilę obserwował swoje zakupy, zanim zabrał się do przygotowywania jedzenia. Sięgnął po nóż, rozkroił bułki na pół, może nie aż tak równo, jak robiła to mama, ale jak na siebie to wyszło nawet całkiem nieźle. Przeszedł do sera i zdążył ukroić dwa plastry, zanim matka wróciła i mu go odebrała.
— Za grube. Jak takie będziemy jedli, to zjemy całą kostkę na jedno śniadanie i nic nie zaoszczędzisz. Mogłeś od razu kupić pokrojony i nie byłoby problemu.
— To mnie nauczysz? Jak kroić, żeby wychodziły cienkie?
— Nie teraz.
— To kiedy? Bo jak mnie nauczysz, to następnym razem kupię kostkę i pokroję cienko, i wtedy będzie i taniej, i dobrze.
— Adrian, jestem niewyspana i zmęczona, nie teraz.
— No ale przecież…
— Poza tym krojenia sera to się chyba można nauczyć samemu. Nie będę cię przecież całe życie trzymać za rękę.

Zamilkł i dopisał sobie regułę do listy: kiedy jest niewyspana i głodna, nie pytać. Reguła była dobra, sprawdzał ją już kilka razy i za każdym razem wychodziło tak samo — rozmowa z rana i tak najczęściej była bezcelowa. Matka wtedy zawsze była niewyspana, a przed śniadaniem zawsze głodna i zawsze miała ochotę zapalić. To ostatnie w sumie niezależnie czy był to poranek czy wieczór.

Nie rozumiał natomiast, dlaczego dorośli aż tak bardzo komplikują sobie życie. Jak zjedzą dzisiaj cały ser, to jutro po prostu nie będzie sera. Zjedzą coś innego. Jedzenie kanapki bez sera może i być irytujące, ale świat się od tego nie skończy.
Mimo to starał się wszystko zapamiętać, punkt po punkcie: bułki liczyć na osoby, ser kupować pokrojony, mleko i cukier przynosić do stołu nawet wtedy, kiedy nikt o to nie poprosi. Listy działały, więc zrobił sobie w głowie nową, zaktualizowaną listę, mając nadzieję, że będzie o niej pamiętał. Następnym razem zrobi wszystko dobrze i wtedy zarówno matka, jak i siostra się na chwilę uśmiechną.

Spojrzał na tę drugą. Kasia siedziała przez cały ten czas, patrząc przez okno, z kubkiem w obu dłoniach, pogrążona w swoich myślach, kołysząc się lekko, jak to miała w zwyczaju, chociaż teraz bardziej na boki niż do przodu. Rzadko opowiadała mu, o czym w takich chwilach myślała. Nie wiedział, czy za każdym razem widziała coś innego, czy też układała sobie swoje życie. Była bardzo mądrą dziewczyną; wszyscy wiedzieli, że zajdzie daleko. Na pewno planowała swoją przyszłość, myślała o byciu szefową jakiejś wielkiej firmy.

Zjedli śniadanie we trójkę, nie mówiąc nic, każdy pogrążony w swoim świecie.
Po śniadaniu poszli na plażę. Po drodze wisiały jeszcze biało-czerwone szarfy po Euro, a na witrynie spożywczego ktoś nie zdjął promocyjnego plakatu z piłką i parującym kubkiem: KIBICUJ PRZY HERBACIE. Adrian przeczytał go, bo czytał wszystko — i dopiero wtedy przypomniał sobie, że nie wypił swojego jabłka z cynamonem. Przy śniadaniu kompletnie o tym zapomniał, pogrążony w myślach o listach, matce i siostrze.

Nie powiedział nic. Myślał o tym przez cały dzień, analizując krojenie bułek, sera, robienie kawy i herbaty, rozkładając zachowanie siostry i matki. Lubił takie przemyślenia, bo pozwalały mu następnym razem zachować się odrobinę lepiej. A chyba o to chodziło, prawda? Każdego dnia stawać się odrobinę lepszym człowiekiem? Herbatę wypił dopiero wieczorem, całkiem zimną, sam, tak żeby ani siostra, ani matka nie zauważyły, że z rana o niej zapomniał.


Postawiony przez służącego kubek herbaty i jej zapach przeniósł Katarzynę do czasów młodości. Była na koncercie razem z bratem i matką. Brata nie trzeba było przekonywać, zawsze był chętny na wyjście i zobaczenie czegoś ciekawego. Ale jakim cudem udało się wyrwać matkę, nie była na dobrą sprawę pewna.

Scena, na której muzycy mieli zagrać, ustawiona była w dusznym namiocie na świnoujskiej plaży. Żałowała, że nie jest to na zewnątrz, że nie może, czekając na początek, oglądać fal rozbijających się o wybrzeże. Gdyby było ich stać na Międzyzdroje, to na pewno byłoby idealnie. Patrząc na te myśli z perspektywy staruszki, którą było stać na dowolną plażę na całym świecie, uśmiechnęła się, mieszając herbatę.
Nie doceniałam tego, co miałam — pomyślała. Świnoujście wcale nie było takie najgorsze: szeroka, czysta plaża, bliskość zachodniej granicy…

Dziewczyna stojąca przed nią na tamtym koncercie miała bardzo długie, kręcone włosy. Sięgały jej do pasa. Osiemnastoletnia Katarzyna dotknęła swoich każdego rana prostowanych, długich do ramion włosów. Chciałaby też mieć takie dłuższe, ale pragmatyczność wygrała: dbanie o tak piękne włosy jak u tej nieznajomej zajmowałoby zdecydowanie zbyt dużo czasu. Czasu, który wolała spędzać w produktywny sposób. Koncert się zaczął. Muzyka zabrzmiała ogłuszająco głośno, Katarzyna skrzywiła się, zastanawiając się, czy na pewno chce tutaj być. Nieznajoma nagle odwróciła się. Nawet jako ponad siedemdziesięciolatka nie zapomniała nigdy tej chwili, gdy uśmiechnięta dziewczyna popatrzyła jej prosto w oczy, mówiąc coś. Katarzyna nie była w stanie usłyszeć nie tylko dlatego, że muzyka zagłuszyła wszystkie słowa, przede wszystkim była całkowicie zdębiała, wbita w ziemię, niemożliwa do poruszenia się, sparaliżowana. Jej serce biło szybko, rumieniec pojawił się na twarzy i dopiero szturchnięcie tańczących dookoła ludzi wyrwało ją z szoku, jaki wywołał na niej ten jeden krótki uśmiech.

Chciała bawić się, tańczyć, dać się porwać temu, co się dzieje dookoła, ale nagły natłok myśli, ich niekończąca się gonitwa, dziesiątki scenariuszy, w których dziewczyna mówiła wszystko, od zwykłego „cześć”, przez „jesteś śliczna”, po „wyluzuj sztywniaro” konkurowały ze sobą, jakby chciały wygrać miano najbardziej prawdopodobnego scenariusza. Katarzyna kołysała się tylko, popychana przez ludzi skaczących dookoła, nie mogąc wyrwać się z tego chaosu. Znała go dobrze. To nie był pierwszy raz, kiedy natłok myśli ją przytłaczał. Od matki wiedziała, że to całkowicie normalne i że wszyscy tak mają. Od paru lat miała też sposób na radzenie sobie i żałowała teraz, że torebkę zostawiła matce pod opiekę — inaczej szybki łyk wódki dałby chwilę ukojenia. Wyjście stąd również by pomogło. Wiedziała o tym. I nie mogła tego zrobić.

Dlatego, że pierwszy raz to przytłoczenie było absolutnie i całkowicie przyjemne. Myśli o nieznajomej, o ile nagłe i intensywne, były też intrygujące, w sposób, o którym czuła, że nie powinna myśleć o dziewczynach. I właśnie to sprawiało, że nie poruszyła się, nie wyszła z namiotu, nie poszła po torebkę, nie robiła nic innego, tylko śledziła oczyma te długie do pasa włosy skaczące w rytmie jej właścicielki. Czuła, że nigdy więcej może jej nie zobaczyć — i nie chciała tego ryzykować.

Koncert minął naprawdę szybko. Może dlatego, że natłok myśli zawsze sprawiał, że traciła poczucie czasu, a może dlatego, że zespół nie czuł wielkiej potrzeby grania dodatkowych bisów dla pijanych plażowiczów, którzy nie do końca znali nazwę zespołu i przyszli tylko dla jednej czy dwóch piosenek. Katarzyna nie myślała o tym. Przez chwilę w ogóle nie myślała, a zachowała się instynktownie.

— Hej — zaczepiła nieznajomą, dotykając jej ramienia. Spocona od tańca dziewczyna odwróciła się uśmiechnięta, szczęście miała wymalowane nie tylko na ustach. Widać je było przede wszystkim w błyszczących oczach, przypominających wyrzucony na plażę bursztyn. Dwa piękne świecące kamienie, które zamiast zniknąć pod deskami wybudowanej naprędce sceny, wpatrywały się prosto w Katarzynę.
— Cześć! — uśmiechnęła się. — Mam nadzieję, że nie przeszkadzałam ci za bardzo?
— Nie, no co ty. Fajnie było patrzeć, jak się bawisz — język plątał się Katarzynie, a serce łomoczące w klatce piersiowej zdawało się chcieć się z niej wyrwać. — Mówiłaś coś do mnie przed koncertem, ale nie usłyszałam co i zastanawiałam się pół koncertu…
Dziewczyna zaśmiała się i w tym momencie całe zmęczenie, przeciążenie, głos rozmów czy zapach taniego piwa zniknęły, a dla Katarzyny istniała tylko ona.
— Przepraszałam tylko na zapas! Lubię tańczyć i czasami uderzam włosami ludzi dookoła, więc wolałam uprzedzić!
— Aaa… Nic się nie stało. W sumie to nic się nie stało. To znaczy, nie uderzyłaś mnie… nie żeby uderzenie włosami coś by zrobiło… — poczuła, że się rumieni, nie mogąc posklejać zdania. — Kasia jestem — wyciągnęła rękę.
KASIA?! — skarciła się w głowie. NIENAWIDZIŁA, jak się ją tak nazywało. Zawsze przedstawiała się per Katarzyna, ZAWSZE unikała zdrobnienia. „Kasia” brzmiało niepoważnie, nie pasowało do niej.
— Halina — już znajoma dziewczyna uścisnęła jej dłoń. — Albo Halinka. Albo Halcia. Albo Halcik. Możesz mówić jak chcesz, może poza „ej ty”.

W Halinie było coś, czego Katarzyna nie potrafiła dobrze nazwać. W sposobie, w jaki się poruszała, w jaki układała zdania, w jaki patrzyła, w jaki uśmiechała się. Jakby wiedziała, jakie wrażenie wywarła na osiemnastolatce.
Następne minuty minęły na zwykłej rozmowie, od tego, skąd są, przez to, jakie plany mają na dalsze wakacje, po plany na mniej lub bardziej odległą przyszłość. Halina była trzy lata starsza i właśnie miała zaczynać drugi kierunek studiów. Pierwszy skończyła na pierwszym roku i powiedziała, że ten jeden rok jej starczy. Życie jest zbyt krótkie, żeby spędzić je na jednych studiach, dodała.
W końcu Katarzyna wyczuła ponaglające spojrzenie matki, która czekała przy wyjściu z namiotu, paląc papierosa i mrożąco patrząc na Halinę. Przeprosiła Halinę, że musi wracać do rodziny — i po paru krokach zatrzymała się, zawróciła, i spytała ją o numer telefonu. Dostała go od razu. Obiecała, że jak tylko odprowadzi matkę i brata do domu, to będą mogły wyjść pogadać jeszcze wieczorem na plaży. Halina zgodziła się, powiedziała, że sama też potrzebuje się odświeżyć — i że nie może się już doczekać randki. Tym ostatnim słowem tak zaskoczyła Katarzynę, że ta stała dłuższą chwilę, patrząc tylko, jak Halinka odchodzi, kręcąc biodrami i w ostatnim momencie odwraca się jeszcze, posyłając Katarzynie ostatni uśmiech.

— W końcu jakaś normalna koleżanka — skomentowała na przywitanie matka. — A nie jak te wszystkie nudziary z koła matematycznego. Może cię trochę rozrusza. Przyda ci się. Pomoże ci znaleźć jakiegoś fajnego chłopaka, zrelaksować się, odprężyć na wakacjach. Tylko pamiętaj o zabezpieczaniu się.
Katarzyna uśmiechnęła się, nie przerywając rodzicielce. Namawianie matki na wieczorne wyjście poszło prościej, niż sobie wyobrażała. Brat chciał wybrać się razem z nią, oglądać gwiazdy na plaży. Pomysł dobry, ale wykonam go z Haliną — myślała. Adrian będzie tylko przeszkadzał. Matce powiedziała, że idą na piwo, więc nie będzie mogła się opiekować młodszym bratem — i to raczej wystarczyło. Nieletni w jej domu nie mogli pić, a nawet jej jako dorosłej matka pozwalała najwyżej na piwo z sokiem, mówiąc, że mocniejsze alkohole nie przystoją damie, i wspominając ogólnie o prostej drodze do alkoholizmu.
Kilka wymienionych SMS-ów, szybki makijaż, świeże ubrania i kilka psiknięć pożyczonym od matki perfumem później — Katarzyna czekała już na promenadzie, wyglądając nadchodzącej piękności z koncertu. Usiadły w knajpie mającej w nazwie coś związanego ze statkiem.

— Jaki jest twój ulubiony drink? — zapytała Halina. — Ja stawiam! — dodała, uśmiechając się szarmancko.
— Eee… — Katarzynie zrobiło się głupio. Nie tylko dlatego, że nie lubiła, gdy ktoś za nią płacił, przede wszystkim dlatego, że nie wiedziała, jakie są drinki, i nie chciała się do tej niewiedzy przyznawać. Zerknęła szybko na listę w poszukiwaniu czegoś, co rzuci się jej w oczy. — Sex on the beach — spróbowała zabrzmieć jak ktoś, kto spróbował już wszystkich drinków w menu i ten autentycznie smakował jej najbardziej. — Ale nie musisz mi kupować, sama za siebie zapłacę! — dodała szybko.
Halina zaśmiała się.
— Z takim wyborem to muszę ci zapłacić! A ty mi się odwzajemnisz na plaży — mrugnęła okiem.
— A to w sumie dobrze się składa, bo wzięłam kocyk na plażę! Myślałam, że jak się napijemy, to pójdziemy oglądać gwiazdy…
— Gwiazdy, powiadasz — uśmiechnęła się tajemniczo. — Okej, ale tylko pod warunkiem, że pokażesz mi swoje ulubione. Sex on the beach, razy dwa — ostatnie słowa powiedziała już barmanowi.
Katarzyna wiedziała, że w knajpach jest drogo, dlatego ich unikała, ale nie była w stanie przestać przeliczać tego na ilość alkoholu, który mogłaby wypić sama, i to bez głośnych, spoconych i obleśnych facetów obserwujących je ze stolika obok. Pierwszy łyk alkoholu pozwolił wyzwolić się z natłoku myśli, uciszyć je na chwilę, skupić się na Halince. Zawsze pomagało. Rozmowa mijała szybko, wypełniona żartami, półsłówkami i podtekstami. Katarzyna nie była mistrzynią flirtu, nie miała w tym doświadczenia, w przeciwieństwie do rozmówczyni, ale dawała z siebie wszystko — i miała wrażenie, że nawet jej wychodzi. Albo miała do tego talent, albo alkohol coś w niej odblokował.
W końcu drink się skończył i postanowiły, że nie będą kupować drugiego, a przejdą do dalszej części planu. Oglądania gwiazd, oczywiście.

Spacer był równocześnie długi i krótki. Długi, bo musiały zajść kawałek, aby uciec od świateł, żeby gwiazdy w ogóle było widać, żeby zgiełk przypadkowych ludzi nie zagłuszał szumu fal. Krótki, bo po drodze nie myślała o tym, jak daleko już zaszły, nie analizowała drogi powrotnej, ciesząc się, że po prostu jest obok tej drugiej dziewczyny.
Gdy w końcu siedziały na kocu — pomysł, który Adrian podrzucił jej jeszcze tego popołudnia, gdy sam proponował wyjście na oglądanie gwiazd — mogła się rozluźnić i przejść na głębsze i ciekawsze rozmowy.

— Napiłabym się jeszcze czegoś — powiedziała w pewnym momencie Halina.
— O widzisz, przyszłam przygotowana — odparła Katarzyna, wyciągając schowaną w torebce małpeczkę. Halina zaśmiała się.
— Jesteśmy nad morzem! Wiesz, co jest powiązanego z morzem? Piraci! A co piją piraci? Rum! — dodała, wyciągając półlitrową butelkę, częściowo już napoczętą.

Katarzyna nie piła nigdy rumu, ale na przestrzeni następnych lat wielokrotnie wracała do jego smaku, przypominając sobie właśnie tę chwilę. Rozmawiały o życiu, o marzeniach, o swoich problemach. Nawet nie wiedziała kiedy, ale Halina znalazła się głową na jej ramieniu. W jednym momencie wszystkie myśli umilkły, jakby ciało zrozumiało, że nie musi niczego szukać, że znalazło dokładnie to, czego potrzebuje, i teraz musi po prostu rejestrować. Katarzyna objęła Halinę. Siedziały tak dłuższą chwilę, zanim Halina uniosła głowę, dotknęła policzka Katarzyny i odwróciła ją ku sobie. Nie powiedziała nic. Czekała, zatracając się w jej oczach. I Kasia również zatraciła się, całując Ją. Był to jej pierwszy prawdziwy pocałunek. Pierwszy raz naprawdę poczuła, co to znaczy pożądanie, zatapiając się w miękkości ust i zapachu Jej perfumów. Wiedziała, że będzie do tego wracała setki razy. Więc zapamiętywała: każdą sekundę dotyku palcami Jej skóry, każdy szept, całą następną godzinę spędzoną na coraz intensywniejszym przytulaniu się, na zapomnianej przez wszystkich plaży, w środku lipcowej nocy. Oraz własne imię. Ten jeden raz pozwoliła sobie na to, by ktoś mówił do niej Kasia. Wracając przed drugą w nocy do domu, czuła się tak szczęśliwa, tak bardzo przepełniona wewnętrzną ekstazą, że zaczęła tańczyć, a potem śmiać się sama do siebie, wysyłać serduszka w niekończących się SMS-ach do Haliny. Ciężko jej było siebie poznać, ale nie liczyło się to, że ktoś może zobaczyć, nie miało znaczenia, co ktoś sobie pomyśli, nie przeszkadzał jej nawet piasek znajdujący się absolutnie wszędzie na oraz w jej ciele.

Dopiero z rana, obudzona krzykiem brata i równie krzykliwą odpowiedzią matki, wyrwana ze snu, w którym przeżywała tę noc ponownie, poczuła skutki kaca — i wracającego wraz z nim natłoku myśli, mechanizmu, który znała już zbyt dobrze, niekończącej się analizy, rozkładania wieczoru na czynniki pierwsze, co zrobiła dobrze, co zrobiła źle, co mogła zrobić lepiej. Zaczekała, aż matka kolejny raz zacznie kłócić się z bratem. Gdy wyszła do kuchni po mleko którego Adrian jak zwykle zapomniał dodać do kawy, dolała do swojego kubka klina. W myślach była wciąż jeszcze we włosach Haliny, przyciągając ją do siebie, nazywając wszystkie konstelacje gwiazd, obejmując, całując… Miała jeszcze dwa dni, zanim wrócą do domu, i chciała je wykorzystać tak dobrze, jak tylko się da. Dziewczyna z drugiej strony Polski będzie musiała po tych wakacjach zniknąć. Styl życia Haliny przeszkadzałby Katarzynie w dobrym napisaniu matury, jej podejście do szkoły nie pozwoliłoby na ukończenie studiów zgodnie z planem — ale te dwa dni słabości, te dwa dni szczęścia miały być dla niej pocieszeniem we wszystkich nadchodzących trudnych chwilach.

Deszcz uderzał w szyby pokoju staruszki, pogrążonej we wspomnieniach na ulubionym bujanym fotelu. Gdzieś za plecami stał służący, czekając na kolejne polecenie i nie odważając się sam spytać, czy podgrzać ostygniętą już herbatę. Żaden rozkaz nie przyszedł. Katarzynie taki drobiazg nie przeszkadzał. Napiła się zimnej herbaty. Czuła się zbyt dobrze, myśląc o tamtym lecie sprzed sześćdziesięciu lat.

]]>
Cena plotki https://blog.dawid-izydor.pl/opowiadania/cena-plotki/ Sun, 26 Jul 2026 07:38:13 +0000 https://blog.dawid-izydor.pl/?p=818 Plotka o tym, że dołączając do Wilków Asmodeusza, będzie można bezkarnie robić wszystko, co tylko się komuś podoba, była śmiertelnie niebezpieczna. Carmilla Surtova zrozumiała to od razu, gdy po raz pierwszy usłyszała te słowa z ust jednego z wieśniaków. Jej zapewnienia, że to nieprawda, a zakon wyjątkowo mocno ceni sobie zasady, na nic się jednak nie zdały. Grupa młodych chłopaków, przekonanych, że jako rycerze staną ponad prawem, wstąpiła w ich szeregi.

Srebrny Krok istniał dopiero od trzech tygodni. Miasto, którym miało się w przyszłości stać, tworzyły na razie głównie błoto, kłody drewna, ostry zapach żywicy oraz fragment północnej palisady, budowanej po to, by chronić namioty osadników czekających na obiecane przez królową domy. Dwustu ludzi – w większości mężczyzn, do których rodziny miały dołączyć w przyszłym roku – zebrało się na polanie, obserwując z zaciekawieniem rozwój wydarzeń. Nie byli pewni, co właściwie dało im poranek wolny od ciężkiej pracy.

Szary świt i unosząca się znad jeziora mgła tworzyły ponury widok. Mężczyzna w czarnych szatach z pentagramem na piersi patrzył przed siebie zimnym, nieprzeniknionym wzrokiem, zdając się roztaczać wokół siebie jeszcze większy chłód. Czekał, aż strażnicy przyprowadzą jednego z najnowszych „wilczków” – jak zwykli ludzie nazywali nowo zaprzysiężonych braci. Wyprostowany Serrus Sylionex budził automatyczny respekt i strach. Nawet Carmilla czuła ciarki na plecach, patrząc na jego beznamiętne oblicze.

— Ansel Vorreth — przemówił dowódca Wilków patrząc na prowadzonego chłopaka. Nie musiał podnosić głosu – gdy tylko odezwał się, zgromadzeni w okamgnieniu zamilkli.

— Zaprzysiężony brat w wierze, członek zakonu, Wilk Asmodeusza.

Trzymany przez dwóch mężczyzn chłopak rozglądał się wokół ze zrozpaczonym, niepomującym niczego spojrzeniem. Carmilla pamiętała, jak jeszcze tydzień temu chodził po obozie i z dumą przechwalał się, że jako asmodean będzie mógł bezkarnie zemścić się na niejakim Mitherdzie – bandycie, który kilka lat wcześniej zabił jego ojca. Jego ojciec był kupcem, zamordowanym podczas podróży do Restov. Po zeznaniach chłopaka Mitherda udało się niedawno wytropić i pojmać w Kamelandsach.

Młody skazaniec spróbował się wyrwać, ale nadaremnie. Miał piętnaście, maksymalnie siedemnaście lat – nie miał najmniejszych szans w starciu z siłą trzydziestoletnich, dobrze wyszkolonych rycerzy.

— Trzy noce temu — podjął Serrus — brat Ansel brał udział w pojmaniu żywcem mężczyzny znanego jako Mitherd. Zadaniem brata Ansela było przyprowadzenie go przed moje oblicze, aby w imieniu króla można było wymierzyć mu sprawiedliwość. Proces i możliwość obrony to konieczny warunek. Tylko w ten sposób porządek triumfuje i dopiero po procesie można kogoś nazwać bandytą, a bandytę skazać na sznur.

Zrobił krótką pauzę, dając zebranym czas na przyjrzenie się lince wiszącej na grubej gałęzi pobliskiego drzewa.

— Brat Ansel zignorował to polecenie, łamiąc przysięgę, którą każdy z moich ludzi składa ze mną, z naszym królem i z samym Asmodeuszem. Przestrzegając danego nam prawa, działamy w imieniu spraw wyższych niż my sami. Nie działamy we własnym imieniu. To obietnica, którą złożyłem Królowi, i mam zamiar jej dotrzymać. Brat Ansel rozciął gardło Mitherda, pozbawiając go życia. Tłumaczył się później, że uwięziony bandyta rzucił się na niego, a on działał w obronie własnej. Po przesłuchaniu świadków i zbadaniu sprawy stwierdzam, że brat Ansel kłamie. Zamordował go, by dokonać prywatnej zemsty.

Przez tłum przeszedł cichy szmer. Większość zgromadzonych była zaskoczona tym, że człowieka, który zabił groźnego przestępcę, nazywa się mordercą, a nie bohaterem. Serrus pozwolił ludowi wygadać się, zanim kontynuował.

— Wilki Asmodeusza przybyły tutaj, aby upewnić się, że królewskie prawo jest przestrzegane. Nie czasami. Nie wtedy, gdy więzień nie zabił czyjegoś ojca. Przestrzegane zawsze — podkreślił ostatnie słowo.— Prawo, które ugina się przed bandytą, to prawo, które wkrótce ugnie się przed dłużnikiem, rywalem albo przed dziewczyną, która krzywo spojrzała na rycerza na rynku.

Jego stalowe oczy powoli przesunęły się po tłumie. Nikt nie był w stanie wytrzymać tego spojrzenia.

— Nie przybyliście tutaj za hrabiną dlatego, że wierzycie jej mieczowi — kontynuował, wskazując na Carmillę. — Nie mieliście powodu, by wierzyć w jej kunszt. Jest młoda, a wokół są setki ludzi, którzy walczą od niej lepiej. Przybyliście tu z powodu znacznie ważniejszego niż zdolności szermiercze. Carmilla Surtova — mocniej akcentował jej nazwisko. — Jej nazwisko to obietnica Króla, że na tych ziemiach będziecie żyć równie bezpiecznie jak w stolicy. Że budując tu swoje domy, dostaniecie szansę na życie tak samo dobre jak w Nowym Stetven. Wilki Asmodeusza są tu po to, by pomóc tę obietnicę spełnić. Z tego powodu nie mogę robić wyjątków od prawa. Dla nikogo.

Przeniósł wzrok na skazańca.

— Bracie Anselu. Skłamałeś przełożonemu, za co skazuję cię na dwadzieścia batów.

Promyk nadziei pojawił się na twarzy nastolatka. „Przedwcześnie” — pomyślała Carmilla. Patrzyła, jak chłopak zostaje obnażony, a rzemienie rozcinają skórę na jego plecach. Skazany próbował zachować pewną siebie minę, łudząc się, że na tym kara się skończy.

Nie skończyła się.

— Bracie Anselu — kontynuował Serrus, obojętnie patrząc na krew kapiącą na ziemię. — Złamałeś rycerski kodeks Wilków Asmodeusza. Za to skazuję cię na wykluczenie z zakonu oraz połamanie goleni.

Tego chłopak nie zdołał już znieść w milczeniu. Wrzasnął w niebogłosy, gdy rycerze przycisnęli go do ziemi i z rozmachu uderzyli maczugami w jego nogi. W trakcie egzekucji stracił przytomność. Ocucono go szybkim wylaniem wody na twarz i podniesiono, podtrzymując z obu stron.

Serrus w końcu przeniósł wzrok na Carmillę i skinął głową. Jego rola dobiegła końca – chłopak nie podlegał już jurysdykcji zakonu.

— Anselu Vorreth — Carmilla starała się zachować ten sam chłodny spokój co jej przedmówca. Mimo to jej głos lekko drżał, gdy patrzyła na skatowanego nastolatka. Musiała walczyć z narastającymi nudnościami. „Zaraz to się skończy” — powtarzała sobie w duchu. „Tak będzie lepiej” — próbowala przekonać samą siebie. Kontynuowała już pewniej: — Zamordowałeś mężczyznę znanego jako Mitherd. Za to skazuję cię na śmierć przez powieszenie.

Nie odwróciła wzroku. Patrzyła, jak rycerze ciągną chłopaka w stronę stryczka, po czym stawiają go na pniu – sam nie był w stanie utrzymać się na nogach. Prawdopodobnie krzyczałby i błagał o litość, gdyby nie paraliżujący ból po torturach, które znosił od samego rana na oczach ludu.

Pień został gwałtownie kopnięty. Rycerze puścili ciało, które wierzgając w powietrzu, udowadniało wszystkim zebranym, jak okrutna i śmiertelnie niebezpieczna potrafi być zwykła plotka.

]]>
Konflikty w AuDHD https://blog.dawid-izydor.pl/psychologia/konflikty-w-audhd/ Fri, 01 May 2026 05:11:17 +0000 https://blog.dawid-izydor.pl/?p=790 W poprzednich artykułach przyjrzałem się osobno autyzmowi a także ADHD. Opisałem je jako dwa różne zestawy mechanizmów rządzących uwagą, emocjami oraz odbieraniem bodźców. Co jednak się dzieje, gdy oba te systemy działają w jednym mózgu jednocześnie? Taka sytuacja ma miejsce w AuDHD. Dwie części mózgu, obie neuroróżnorodne, czasami ze sobą współpracują – ale często wchodzą ze sobą w konflikt. Z zewnątrz może to wyglądać jak brak bycie konsekwentnym, pewnego rodzaju zmienność, ale w środku przypomina to raczej wewnętrzną walkę powodującą ciągłe napięcie.

Rutyna vs nowość

Autyzm zwykle lubi przewidywalność i powtarzalność, w trakcie gdy ADHD szuka nowości i stymulacji. To najprawdopodobniej najbardziej odczuwalny konflikt w AuDHD. Część autystyczna kocha przewidywalność. Chce jeść to samo śniadanie, chodzić tą samą drogą i mieć precyzyjnie zaplanowany dzień – daje jej to poczucie bezpieczeństwa. Z drugiej strony część ADHD-owa nienawidzi nudy. Chce cały czas doświadczać czegoś nowego, żeby czuć podbicie brakującej jej dopaminy.

W efekcie człowiek odczuwa ogromny stres gdy z jednej strony jego rutyna została przerwana a jednocześnie odczuwać frustrację a nawet odrazę na samą myśl, że znowu musi robić to samo. Prowadzi to do zjawiska nazywanego “inercją AuDHD” – jest to problem z rozpoczęciem zadania które nie jest równocześnie znane oraz nowe.

Sensoryczna sprzeczność

W artykule o autyźmie pisałem o nadwrażliwości na bodźce. W artykule o ADHD o poszukiwaniu stymulacji. W AuDHD te dwie sprzeczności tworzą przedziwną mieszankę. Osoba taka może potrzebować głośnej, stymulującej muzyki aby być w stanie skupić się na pracy, a jednocześnie ten sam dźwięk może doprowadzić ją do przebodźcowania i frustracji. Osoba może odczuwać potrzebę szukania nowych, intensywnych wrażeń i doświadczeń, by chwilę po ich rozpoczęciu czuć, że jest to za dużo i chce wrócić do ciemnego, cichego pokoju. Na przykład osoba z AuDHD może iść na imprezę do klubu i bawić się przez jakiś czas dobrze. Nagle, bez większego powodu wychodzi z klubu tylko po to, by nie musieć dalej słuchać muzyki. Muzykę, którą przecież przyszło się do klubu słuchać.

Paraliż decyzyjny

Obie diagnozy uderzają w funkcjonowanie wykonawcze ale robią to z różnych stron. Autystyczna potrzeba idealnego przygotowania i zebrania wszystkich danych przed rozpoczęciem zadania spotyka się z ADHD-wą trudnością w rozpoczęciu robienia czegokolwiek. Wynikiem jest “paraliż AuDHD”. Osoba wie dokładnie, co ma zrobić. Może mieć nawet rozpisany w głowie szczegółowy plan, co konkretnie musi zrobić, w jakiej kolejności, z jaką dokładnością. Równocześnie ponieważ w zadaniu nie ma natychmiastowej nagrody (dopaminy), mózg blokuje rozpoczęcie zadania. Kończy się to spędzaniem godzin patrząc w telefon, przeglądając social media, graniem w gry, oglądając filmy, czując przy tym narastające poczucie winy. Obie części głowy krzyczą na siebie nawzajem: jedna chce porządku i realizacji planu, druga nie potrafi wykrzesać energii do zrobienia pierwszego kroku.

Relacje społeczne

W sytuacjach towarzyskich konflikt między autyzmem a ADHD bywa wyjątkowo męczący. Analityczna część autystyczna może analizować wzorce, zastanawiać się nad mową ciała i analizować kiedy podanie ręki jest właściwe, czy to co się powiedziało było odpowiednie, co powiedzieć za chwile. W tym samym momencie impulsowność ADHD sprawia, że zanim analiza się skończy, osoba już coś powiedziała, przerwała komuś w pół zdania, albo zmieniła temat na taki, który da odrobinę dopaminy. Po takiej interakcji pojawia się dziwne uczucie, przypominające poczucie winy, gdy autystyczna część kochająca zasady i logikę zaczyna drobiazgowo analizować każde wypowiedziane słowo, każdą gafę, którą ADHD-owa część popełniła pod wpływem chwili.

Czy te konflikty mają zalety?

Konflikty kojarzą się przede wszystkim z wadami, ale jest w tym kilka unikatowych zalet. Hiperfokus wynikający z ADHD połączony z autystyczną dbałością o szczegóły i struktury potrafi czynić cuda. Jeśli dla osoby z AuDHD temat jest interesujący to potrafi zgłębić go nie tylko błyskawicznie ale też uporządkować tę wiedzę w niezwykle logiczny i systemowy sposób. Istnieją bardzo specyficzne stanowiska, gdzie jest to na wagę złota, wszędzie gdzie z jednej strony potrzebne jest nieszablonowe, szybkie myślenie a z drugiej techniczne niuanse które inni pomijają albo ignorują.

Życie z AuDHD to ciągła nauka kompromisu między dwiema bardzo silnymi potrzebami: stabilizacji i stymulacji. Zrozumienie, że te wewnętrzne konflikty nie wynikają z wadliwego charakteru czy lenistwa ale są raczej efektem ścierania się dwóch różnych mechanizmów neurologicznych, jest kluczem do większej wyrozumiałości dla samego siebie. Warto zaakceptować w sobie te specyficzne sprzeczności zamiast próbować z nimi walczyć. Chociaż bywają wyczerpujące, to tworzą unikalną perspektywę patrzenia na świat.

]]>
Czym jest ADHD? https://blog.dawid-izydor.pl/psychologia/czym-jest-adhd/ Thu, 09 Apr 2026 12:24:20 +0000 https://blog.dawid-izydor.pl/?p=798 W poprzednim artykule opisałem czym jest autyzm – jedna z dwóch diagnoz w AuDHD. Drugim elementem z tej układanki, jest ADHD i nim zajmę się w tym artykule.

ADHD, podobnie jak autyzm, jest zaburzeniem neurorozwojowym. Oznacza to, że nie pojawia się nagle w dorosłości a raczej towarzyszy człowiekowi od dzieciństwa przez całe życie. Czasami jest odbierane jako cecha charakteru, lenistwo czy brak silnej woli, szczególnie przez osoby które nigdy nie miały z nim styczności albo go nie rozumieją, ale jest to rozumowanie błędne. W przypadku ADHD problemy dotyczą rozwoju kory przedczołowej i układów dopaminergicznych.

Najprościej można to sobie wyobrazić jako inny sposób regulowania uwagi, energii i motywacji przez mózg. W przypadku ADHD problemem jest nie tyle brak uwagi co raczej trudność z jej kontrolowaniem – zarówno jeśli chodzi o niewystarczające skupienie na zadaniu, jak i zbyt mocne skupienie na zadaniu.

ADHD łączy się z kilkoma charakterystycznymi mechanizmami. Nie każda osoba z ADHD będzie miała wszystkie z nich, ale wiele osób odnajdzie się w przynajmniej części z nich.

Trudności z regulacją uwagi

Jeden z najbardziej znanych elementów ADHD to trudność ze skupieniem się. Wbrew nazwie nie chodzi o to, że uwagi w ogóle nie ma. Raczej, że jest ona trudna do kontrolowania. Osoba z ADHD może mieć ogromny problem z rozpoczęciem nudnego zadania, nawet jeśli wie, że jest ono ważne. Może też bardzo łatwo się rozproszyć – przez dźwięki, powiadomienia a nawet własne myśli.

Równocześnie w ADHD pojawia się się zjawisko zwane hiperfokusem, jest to bardzo intensywne skupienie na jednym temacie. W takich momentach osoba z ADHD potrafi pracować godzinami bez przerwy, ignorując głód, zmęczenie, upływ czasu, senność itd itp. Byłoby to bardzo użyteczne narzędzie gdyby dało się go kontrolować – problem w tym, że hiperfokus rzadko pojawia się wtedy, kiedy jest najbardziej potrzebny. Osoba może w ten sposób np. odkładać robienie ważnego, ale nudnego projektu do pracy, a zamiast tego zająć się przemeblowywaniem swojego mieszkania bo zobaczyła na Pintereście bardzo ładny sposób na udekorowanie go – i robić to przez cały dzień bez jedzenia i picia. Co gorsza, jeśli w końcu zmęczenie ją dopadnie i pójdzie spać, a to przemeblowanie nie zostało dokończone, to jest duża szansa, że pozostanie w tym niedokończonym stanie przez kolejny miesiąc lub dłużej.

Z zewnątrz może to wyglądać jak sprzeczność – raz brak skupienia, raz nadmierne skupienia. W rzeczywistości to dwa przejawy tego samego problemu – trudności z regulacją uwagi.

Problemy z rozpoczęciem i kończeniem zadań

Na opisanym wyżej przykładzie widać też inny problem – trudność z rozpoczęciem zadania, nawet (albo w szczególności!) jeśli jest ono proste i dobrze znane.

Osoba z ADHD może długo odkładać wykonanie obowiązku mimo że wie, że powinien być wykonany. Nie bierze się to z braku wiedzy ani chęci a raczej z problemu z przejściem od zamiaru do działania. Często pomaga dopiero presja czasu, na przykład zbliżający się termin oddania pracy. W takich momentach pojawia się nagły przypływ energii, który pozwala nadrobić zaległości, ale odbywa się to kosztem dużego stresu i zmęczenia.

Taki sam problem pojawia się z kończeniem zadań. Wiele rzeczy zostaje rozpoczętych z dużym entuzjazmem ale końcowy etap bywa trudny, szczególnie jeśli wymaga monotonnej pracy, a dopamina związana z zadaniem już się ustabilizowała.

Zaburzenia funkcji wykonawczych

W ADHD bardzo często pojawiają się problemy z funkcjami wykonawczymi, czyli zdolnościami odpowiedzialnymi m.in. za planowanie, organizację i zarządzanie czasem.

Może to oznaczać problemy z oceną, ile czasu zajmie wykonanie zadania, zapominanie o drobnych obowiązkach czy trudności z utrzymaniem porządku w dokumentach albo na biurku. Dla osób neurotypowych planowanie dnia często odbywa się automatycznie. W przypadku ADHD wymaga ono świadomego wysiłku i dodatkowych narzędzi, takich jak listy zadań, przypomnienia czy kalendarze.

Przy tym często pojawia się zjawisko zwane “ślepotą czasową”. Są to trudności z odczuwaniem upływu czasu. Może to prowadzić do spóźnień albo niedoszacowania czasu potrzebnego na wykonanie zadania. Często osoby z ADHD istnieją też w czasie “teraz i nie teraz” – wydarzenia z wczoraj mogą być w ich głowie eony temu, a na ważną rzecz do zrobienia na jutro jest przecież jeszcze czas.

Impulsywność

Kolejnym częstym elementem ADHD jest impulsywność, czyli działanie bez pełnego przemyślenia konsekwencji. Może to przejawiać się w przerywaniu innym w trakcie rozmowy, podejmowaniu szybkich decyzji albo reagowaniu emocjonalnie zanim pojawi się czas na zastanowienie. Nie musi to oznaczać ryzykowanych zachować. Bardzo często przejawia się w drobnych rzeczach, np. w trudności z powstrzymywaniem się od sprawdzenia telefonu w trakcie pracy, w podjadaniu stojących na stole cukierków będąc na diecie, czy kupowania rzeczy których się nie potrzebuje.

Nadmiar lub niedobór energii

Dla wielu osób ADHD od razu łączy się z widokiem biegającego dziecka i często u dzieci faktycznie tak to widać. U dorosłych nie zawsze objawia się ona jako coś tak dobrze widocznego. Zamiast tego przybiera formę wewnętrznego niepokoju. Nawet u osób które nie muszą cały czas biegać żeby ustabilizować tę energię niepokój często powoduje potrzebę poruszania nogą, zmiany pozycji czy wykonywania drobnych ruchów.

Zdarzają się też odwrotne sytuacje – poczucie całkowitego braku energii i trudności z podjęciem działania. Może to wyglądać jak lenistwo chociaż w rzeczywistości wynika z przeciążenia albo braku odpowiedniej stymulacji

Poszukiwanie stymulacji

Mózg osoby z ADHD często potrzebuje większej ilości bodźców, aby utrzymać uwagę. Może to prowadzić do częstego sięgania po telefon, słuchania muzyki podczas pracy albo wykonywania kilku rzeczy jednocześnie. Wbrew pozorom nie zawsze pogarsza to efektywności – często ta dodatkowa stymulacja jest tym co pomaga w utrzymaniu skupienia. U mnie muzyka jest absolutną koniecznością. Praca w ciszy często oznacza że przy pierwszej okazji myśli zaczynają uciekać w kierunkach zupełnie nie związanych z pracą i nagle orientuję się, że spędziłem 15 minut patrząc w ekran bez zrobienia czegokolwiek.

Z tego powodu wiele osób z ADHD dobrze funkcjonuje w środowiskach dynamicznych, gdzie dużo się dzieje a gorzej w sytuacjach wymagających długotrwałej monotonnej pracy.

Emocje i frustracja

ADHD wpływa nie tylko na uwagę i organizację ale również na regulację emocji. Często pojawia się szybkie narastanie frustracji, szczególnie gdy coś nie idzie zgodnie z planem. Mogą też występować trudności z powrotem do równowagi po tym jak wystąpiły jakiekolwiek silne emocje.

Jednym z problemów jest to, że emocje pojawiają się bardzo szybko i z dużą siłą. Drobna przeszkoda, która dla osoby neurotypowej będzie tylko chwilową niedogodnością dla osoby z ADHD może być momentem silnego napięcia. Może to być na przykład sytuacja, w której coś przestaje działać w trakcie wykonywania zadania, plan zostaje nagle zmieniony albo pojawia się konieczność zrobienia czegoś dodatkowego w momencie, gdy już brakuje energii.

Z zewnątrz może to wyglądać jak nadmierna reakcja na drobne wydarzenia. W rzeczywistości często wynika to z trudności z regulacją emocji a nie z wydarzenia. Wiele osób z ADHD rozumie, że reakcja była zbyt silna ale dopiero po fakcie, gdy emocje już opadną. Warto tutaj zaznaczyć, że silne emocje nie muszą oznaczać wyłącznie złości czy frustracji. Mogą one być również pozytywne, ekscytacja, entuzjazm czy radość, i one również potrafią być intensywne i trudne do wyhamowania. To w połączeniu z impulsywnością może prowadzić do podejmowania ważnych decyzji pod wpływem chwili, bez rozważania konsekwencji.

Podsumowanie

ADHD nie jest po prostu brakiem uwagi ani nadmiarem energii. To zestaw mechanizmów wpływających na sposób regulowania uwagi, motywacji, czasu i emocji.

Podobnie jak w przypadku autyzmu, ADHD może wyglądać bardzo różnie u różnych osób. U jednych dominują trudności z koncentracją, u innych impulsywność albo problemy z organizacją. W kolejnym artykule opisuje jak autyzm i ADHD łączą się ze sobą nawzajem i gdzie pojawiają się między nimi konflikty, które często stanowią najbardziej charakterystyczną część AuDHD.

]]>
Dlaczego nie mogę cieszyć się z rzeczy – recenzja książki Pierre Nouvellie https://blog.dawid-izydor.pl/psychologia/dlaczego-nie-moge-cieszyc-sie-z-rzeczy-recenzja-ksiazki-pierre-nouvellie/ Sun, 05 Apr 2026 10:18:15 +0000 https://blog.dawid-izydor.pl/?p=794 Angielski komik podczas występu został zapytany, czy nie ma przypadkiem autyzmu. Nie obraził się tą uwagą, w końcu osoba która pytała sama przyznała, że ma autyzm, i zauważyła pewne podobieństwa. Zamiast tego zaczął się zastanawiać – co jeśli mam autyzm? W ten sposób w wieku 31 lat otrzymał swoją pierwszą diagnozę. Książka którą Pierre Nouvellie później napisał zaczyna się na kanwie tych wydarzeń. Jest to osobista podróż oparta na doświadczeniach autora, przedstawiająca życie osoby z autyzmem, szczególnie osoby która przez dekady żyła i radziła sobie w życiu, a dopiero diagnoza pozwoliła na zrozumienie wielu kwestii z życia.

Bycie komikiem wpływa na styl pisania autora. Humor pojawia się, ale nie dominuje nad treścią, jest raczej wstawiony okazjonalnie. Przykładowy fragment żarcików, który najlepiej mi zapadł w pamięć to w rozdziale opisującym czym jest autyzm, podaje definicję ze strony NHS, że “autyzm nie jest chorobą tylko raczej Twój mózg działa w inny sposób”. “Ale jak można dostać autyzm?” pyta autor”. “Wiesz, to proste – gdy Bill Gates daje Ci szczepionkę… haha żartuję, ale gdybyś teraz zobaczył swoją minę!” odpowiada sam sobie, zanim przechodzi do prawdziwej odpowiedzi.

Książka składa się z 15 rozdziałów i dodatkowo wstępu i podsumowania. Każdy rozdział odpowiada na konkretne pytanie związane z autyzmem – od podstaw jak “czemu w ogóle warto się diagnozować?”, przez “co stało się z Aspergerem?” po bardziej konkretne, często sformułowane prowokacyjnie, jak “czemu nikt nie widzi jak bardzo ciekawe jest moje hobby?” czy “czemu nie widzisz że mam rację?”. Odpowiadając na pytania z rozdziałów, opisuje on, jak działa autystyczny mózg i dlaczego różni się od mózgu neurotypowego, a także jak można sobie z tym radzić. Najbardziej zapadł mi w pamięć rozdział dotyczący autystycznego wypalenia, ponieważ nigdy nie myślałem o tym w kategorii dosłownie zapominania posiadanych wcześniej umiejętności. Rozdziały o shutdownach i meltdownnach również bardzo przystępnie tłumaczyły mechanizmy które późno zdiagnozowanym autystom ciężko było w życiu nazwać.

Książka jest napisana bardzo przystępnym językiem i każdy będzie w stanie ją bez problemu przeczytać. Mimo podejmowania trudnych tematów autor zachowuje humor i pozytywne myślenie. Książka jest też bardzo autentyczna, autor pisze ją na podstawie swoich własnych doświadczeń. Jedyne do czego mogę się przyczepić to w porównaniu do innych recenzowanych przeze mnie książek, nie ma oczywistego spisu rad, podsumowań rozdziałów itp. co pozwoliłoby usystematyzować wiedzę, raczej każdy rozdział jest jednym długim blokiem tekstowym.

Książkę szczególnie polecam osobom z autyzmem które odkryły go podobnie jak ja czy autor – w dorosłości (Pierre w wieku 31 lat, ja w wieku 30), osobom które podejrzewają że mogą mieć autyzm, a także rodzinie i bliskim osobom z autyzmem. Dla osób które chcą zrozumieć autyzm od środka będzie to również ciekawa pozycja, aczkolwiek nie jest to pozycja ściśle naukowa.

]]>
Czym jest Autyzm? https://blog.dawid-izydor.pl/psychologia/czym-jest-autyzm/ Tue, 31 Mar 2026 08:28:58 +0000 https://blog.dawid-izydor.pl/?p=788 Wspominałem już w poprzednich artykułach o tym, że niedawno zostałem zdiagnozowany z AuDHD. Najprostszymi słowami AuDHD to skrócona nazwa podwójnej diagnozy – autyzmu i ADHD. Stąd pewnego rodzaju nieścisłość – nie można być zdiagnozowanym na AuDHD, taka diagnoza nie istnieje. Diagnozuje się autyzm i ADHD osobno. Jednak jako skrót myślowy diagnozowanie na AuDHD działa całkiem dobrze.

Autyzm i ADHD to dwa zestawy mechanizmów które w jednym człowieku przenikają siebie nawzajem. Niektóre cechy ze sobą współpracują a niektóre ciągną w zupełnie inne strony. Konflikty wynikające z tych dwóch sprzeczności opiszę w następnym artykule, w tym chciałbym poświęcić czas na zdefiniowanie czym autyzm i ADHD jest. W artykule używam też określenia neurotypowy, oznacza to osoby, które nie spełniają kryteriów diagnostycznych autyzmu ani ADHD.

W tym artykule chcę się zająć czym jest autyzm – jedna z dwóch diagnoz w AuDHD

Spektrum autyzmu

Spektrum autyzmu jest klasyfikowane jako zaburzenie neurorozwojowe i jest diagnozowane na trzech poziomach, w zależności ile wsparcia dana osoba potrzebuje w codziennym życiu, od poziomu 1, gdy potrzebuje małej pomocy, często w tylko niektórych obszarach życia do poziomu 3 gdy potrzebuje dużej pomocy albo nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować.

Autyzm ma się od urodzenia przez całe życie. Można to sobie wyobrazić jako inny od neurotypowych osób sposób kodowania i przetwarzania informacji w mózgu.

Słowo spektrum oznacza, że autyzm przejawia się na bardzo dużo różnych sposobów. Niektórzy mówią że każdy jest na spektrum – nie jest to prawda. Gdy jest się na spektrum to jest się na spektrum. Innymi słowy dopiero gdy zaczyna spełniać się kryteria diagnostyczne spektrum autyzmu to można mówić o byciu na spektrum w ogóle. Znając jedną osobę z autyzmem zna się jedną osobę z autyzmem, gdyż każda jest zupełnie inna, z kompletnie innymi potrzebami i problemami.

Autyzm najczęściej wiąże się z pewnymi charakterystycznymi sposobami odbierania świata i reagowania na niego. Nie każda osoba autystyczna będzie miała wszystkie z nich, ale wiele osób odnajdzie się w przynajmniej części tego opisu

Inny sposób odbierania bodźców sensorycznych

Jedną z najczęściej spotykanych i zauważanych cech jest większa wrażliwość na bodźce, np. dźwięki, światło, zapachy czy dotyk. Dla osoby neurotypowej głośne pomieszczenie może być po prostu męczące w trakcie gdy dla autystycznej może być przytłaczające, uniemożliwiając skupienie się na czymkolwiek innym.

Często jest też odwrotna sytuacja – niektóre bodźce mogą być odczuwane słabiej niż u innych osób, co może prowadzić do szukania intensywniejszych wrażeń, na przykład przez ruch czy dotyk.

Osoby neurotypowe często mają pewnego rodzaju filtr pozwalający im wyłączyć/wyciszyć odbieranie niektórych bodźców. Osoby autystyczne mają z tym problem, często odbierając wszystkie bodźce cały czas, co prowadzi do przeciążenia.

Warto tutaj też zauważyć że poza klasycznymi bodźcami te nad- i podwrażliwości mogą przejawiać się np. w problemach z propriocepcją – czyli określeniem pozycji ciała w świecie, co może prowadzić do ustawicznego uderzania się przechodząc obok stołu, czy rozlewania herbaty, albo w problemach z interocepcją – czyli określaniem tego co dzieje się w środku ciała, co może prowadzić do problemów z regulacją temperatury (“nie czuję, że jest mi za ciepło/za zimno”) czy jedzeniem (“nie czuję, że jestem już najedzony”).

Czarno-białe myślenie

U części osób autystycznych pojawia się tendencja do postrzegania rzeczy w sposób jednoznaczny, jako poprawne albo błędne, dobre albo złe, czarne albo białe. Wynika to często z potrzeby jasnych zasad i spójności – w świecie który często opiera się na zasadach niejasnych oraz wyjątkach. Powoduje to wiele problemów w funkcjonowaniu społecznym – w końcu świat bywa pełen wyjątków, niedopowiedzeń i odcieni szarości, co może powodować nieporozumienia, frustrację czy poczucie zagubienia. Może to przejawiać się w przyjmowaniu bardzo skrajnych postaw do innych osób a także wobec siebie.

Równocześnie taka jednoznaczność w myśleniu może być dużą zaletą w sytuacjach wymagających logicznego podejścia, przestrzegania reguł czy konsekwentnego działania.

Potrzeba przewidywalności oraz rutyny

Wiele osób autystycznych dobrze funkcjonuje w środowisku, które jest przewidywalne i uporządkowane. Nagłe zmiany planów, niejasne instrukcje czy chaos organizacyjny mogą powodować silny stres. Rutyna nie oznacza tutaj braku elastyczności, raczej potrzebę stabilnego punktu odniesienia. Może oznaczać na przykład jedzenie takiego podobnego śniadania codziennie o mniej więcej tej samej porze, nawet jeśli nie trzeba wstawać do pracy. Autystyczny mózg wiedząc, czego może się spodziewać ma dużo większą łatwość ze skupieniem się na zadaniach i codziennych obowiązkach. Każdorazowe naruszenie danej rutyny wytrąca osobę i przeszkadza jej w funkcjonowaniu.

Skupienie na szczegółach i wzorcach

Osoby autystyczne często bardzo dobrze dostrzegają szczegóły i zależności między elementami, które innym mogą umknąć. Może to objawiać się dużą dokładnością, zamiłowaniem do systemów, porządkowania informacji czy analizowania złożonych problemów.

Często w ten sposób osoby autystyczne nadrabiają braki w innych aspektach. Na przykład osoba z aleksytymią zapytana “jak się czuje” nie odpowie szczerze “nie wiem”, bo wie z poprzednich doświadczeń że ludzie bardzo dziwnie reagują na tego typu stwierdzenie, albo wręcz założą że “nie wiem” = “czuje się źle”, czego ta osoba w ogóle nie ma na myśli. Z tego powodu ta osoba nauczy się że na pytanie “jak się czujesz?” trzeba mechanicznie i bezrefleksyjnie odpowiedzieć “dobrze, a Ty?”

Mi takie skupienie na wzorcach zawsze pomagało zarówno w szkole jak i w pracy, gdzie zauważanie pewnych zależności między mniej lub bardziej powiązanymi elementami było bardzo przydatne. Równocześnie takie skupienie na szczegółach potrafi przeszkadzać w relacjach społecznych – na przykład przypadkowi ludzie rzadko chcą słyszeć, że wyglądają jakby przepłakali całą noc, nawet (albo szczególnie) jeśli to prawda.

Trudności z niepisanymi zasadami społecznymi

Przykład z poprzedniego akapitu ilustruje kolejny problem – z brakiem intuicyjnego rozumienia niewypowiedzianych reguł, ironii, aluzji, czy mowy ciała. Może to powodować izolowanie się od ludzi ale nie oznacza braku chęci kontaktu z innymi ludźmi, raczej to że kontaktowanie się jest bardzo męczące. Dużo zasad i reguł które dla innych są intuicyjne dla osób autystycznych muszą zostać świadomie nauczone i zrozumiane.

Warto tutaj dodać coś, co często jest niewidoczne na zewnątrz – wysiłku potrzebnym do codziennego funkcjonowania. Dostosowywanie się do norm społecznych, interpretowanie zachowań innych osób i radzenie sobie z nadmiarem bodźców może być bardzo wyczerpujące. Na przykład podawanie ręki na przywitanie z grupą osób. Szczególnie jako dziecko jest mnóstwo reguł dotyczących tego kiedy i komu powinno albo nie powinno się podawać, szczególnie jeśli między osobami jest różnica wieku czy statusu. Taka prosta rzecz może oznaczać cały analityczny ciąg “czy w tym kontekście powinienem podać rękę czy nie wypada”. Taki ciąg analiz może trwać zaledwie kilka sekund ale powtarzany wiele razy dziennie powoduje duże obciążenie poznawcze. To w połączeniu z dużą ilością dźwięków rozmów różnych osób, rozmów które często są dla autystycznego człowieka nudne sprawia że można być zmęczonym rozmową z drugą osobą zanim ona w ogóle się tak naprawdę zaczęła.

Głębokie zainteresowania

Wiele osób autystycznych rozwija silne, często bardzo głębokie i szczegółowe zainteresowania konkretnymi tematami. Mogą one zajmować dużo czasu i uwagi a jednocześnie stanowią źródło satysfakcji oraz wiedzy. Stereotypowe autystyczne zainteresowanie pociągami jest idealnym przykładem tego typu zachowań. Takie zainteresowania mogą mieć ogromną zaletę – szczególnie w dziedzinach wymagających dokładności, systematyczności czy długotrwałego skupienia. Informatycy, analitycy bankowi, czy prawnicy mogą w swojej dziedzinie osiągać bardzo wysoki poziom, jeśli ich zainteresowania pokrywają się z wykonywaną pracą. Niestety nie każde zainteresowanie da się w ten sposób zmonetyzować. Znajomość bardzo specyficznych kazusów pozwoli prawnikowi wymyślić dobrą strategię dla swojego klienta na czym zarobi sporo pieniędzy, w trakcie gdy znajomość XIX francuskojęzycznych pisarzy w Polsce będzie już z perspektywy społeczeństwa mniej użyteczna. Warto tutaj zauważyć, że nie wszystko musi być użyteczne. Posiadanie zainteresowań w dziedzinach na których nie da się łatwo zarobić (albo świadomie wybiera się żeby na tym nie zarabiać) potrafi być bardzo dobre, gdyż daje bezpieczną przystań do odpoczynku do pracy, by rozgraniczyć życie prywatne i profesjonalne.

Podsumowanie

Autyzm nie jest jedną cechą ani jednym zestawem zachowań. To raczej określony sposób odbierania świata i reagowania na niego, który może wyglądać bardzo różnie u różnych osób. W kolejnym artykule opisuje drugi element diagnozy AuDHD – ADHD a w kolejnych jak one łączą i przenikają się ze sobą nawzajem.

]]>
Jak żyć z AuDHD – recenzja książki “Welcome to AuDHD” Megan Griffith https://blog.dawid-izydor.pl/psychologia/jak-zyc-z-audhd-recenzja-ksiazki-welcome-to-audhd-megan-griffith/ Fri, 13 Mar 2026 08:13:55 +0000 https://blog.dawid-izydor.pl/?p=785 Wspominałem już w poprzednim artykule, że niedawno zostałem zdiagnozowany z AuDHD. Chcąc lepiej zrozumieć tę diagnozę, sięgnąłem po kilka książek na ten temat. Jedną z nich jest książka zatytułowana “Welcome to AuDHD: How to Survive (and Thrive) as an Adult with Autism and ADHD” autorstwa Megan Griffith.

Przystępny przewodnik po AuDHD

Od pierwszych stron książka przyjmuje charakter praktycznego przewodnika po życiu z AuDHD. Zaczyna się od podstaw: wyjaśnienia, czym jest AuDHD, czyli współwystępowanie autyzmu i ADHD. Autorka przechodzi przez kryteria diagnostyczne każdej z tych diagnoz i tłumaczy je w przystępny sposób. Kolejne rozdziały opowiadają o procesie diagnostycznym, o życiu osoby z AuDHD, o problemach które mogą pojawiać się w pracy, w związkach, w byciu rodzicem i wielu innych kwestiach. Każdy rozdział kończy się ćwiczeniami do wykonania oraz krótkim podsumowaniem najważniejszych punktów z niego.

Forma książki

Poza opisaną wyżej strukturą książka jest wyraźnie mniejsza od książki Leanne Maskell – zarówno pod względem formatu (5.25×8.4 cala), jak i ilości stron (ok 200 stron tekstu + kilka stron przypisów). Końcówka podobnie jak tamta książka zawiera listę odnośników – do terapeutów, coachy, czy kanałów na youtube ale ta lista jest dużo krótsza, bardziej skupiona. Porównuję te dwie książki gdyż trafiają one do wyraźnie dwóch różnych grup odbiorców, tutaj autorka pomija wiele wątków autobiograficznych zawartych w książce Maskell.

Odbiór książki

Książkę czyta się bardzo szybko i bez większego wysiłku. Język jest prosty, a autorka stara się wyjaśniać trudniejsze pojęcia w sposób zrozumiały, szczególnie dla osób, które dopiero zaczynają interesować się tematem AuDHD. Nie jest to oczywiście książka naukowa ani akademicka a bardziej poradnik, przewodnik przez życie. Najbardziej skorzystają na niej osoby, które niedawno otrzymały diagnozę albo podejrzewają u siebie AuDHD. Autorka podkreśla, że formalna diagnoza nie jest konieczna do bycia uznanym za AuDHD – publiczna służba zdrowia ma często wieloletnie kolejki, a prywatne diagnozy kosztują tysiące złotych. Dostępność diagnoz jest na tyle dużym problemem, że jeśli ktoś czytając tę książkę czuje, że dobrze do niej trafia, może zacząć stosować zawarte tam rady i identyfikować się jako AuDHD nawet, jeśli na oficjalną diagnozę dopiero czeka.

Podobnie jak w przypadku książki Maskell, ta też wielokrotnie zamgliła łzami moje oczy. Autorka niezwykle trafie opisuje wiele problemów które miałem w swoim życiu i sprawiła, że poczułem się zrozumiany.

Podsumowując, książka jest przystępnym poradnikiem który mogę polecić osobom, które chcą poznać temat AuDHD i znaleźć narzędzia pomagające w codziennym życiu.

]]>
Jak rozkwitać z AuDHD – recenzja książki Leanne Maskell https://blog.dawid-izydor.pl/psychologia/jak-rozkwitac-z-audhd-recenzja-ksiazki-leanne-maskell/ Mon, 09 Mar 2026 17:52:14 +0000 https://blog.dawid-izydor.pl/?p=782 Niedawno zostałem zdiagnozowany z AuDHD. Chcąc lepiej zrozumieć tę diagnozę, sięgnąłem po kilka książek na ten temat. Pierwszą z nich jest książka Leanne Maskell zatytułowana “AuDHD Blooming Differently”

Historia niezrozumianej kobiety

Strona tytułowa zawiera cytat Alexandra Den Heijera: jeśli kwiat nie rozkwita, naprawiasz środowisko, w którym rośnie, a nie sam kwiat. To hasło przewodnie książki pokazujące, że osoby żyjące z AuDHD nie są „zepsute”, więc nie trzeba ich naprawiać. Są po prostu inne. Patrzą na świat w inny sposób, borykają się z innymi problemami, często są niezrozumiałe przez osoby neurotypowe, ale mają też swoje mocne strony.

Autorka wprost jednak zaznacza, że nie jest to książka dla każdego. Duża liczba jej osobistych zwierzeń i wątków autobiograficznych może nie odpowiadać każdemu czytelnikowi, zwłaszcza że poruszane są trudne tematy, takie jak uzależnienia czy myśli samobójcze.

Książka zaczyna się od wyjaśnienia podstawowych pojęć związanych z autyzmem i ADHD. Kolejne rozdziały mają podobną strukturę: wprowadzenie autorki opisujące problemy, z którymi zmagała się na różnych etapach życia, spojrzenie na nie przez pryzmat AuDHD oraz porady dla bliskich, którzy chcą pomóc osobom z AuDHD lepiej radzić sobie w codziennym funkcjonowaniu.

Pierwsze wrażenia

Prolog książki przedstawia wyobrażone spotkanie autorki z jej młodszą wersją przy gorącej czekoladzie. Tłumaczy w nim swojej młodszej sobie, że nie jest zepsuta. Jest po prostu inna.

Popłakałem się, czytając ten fragment. I wiele razy później.

Było to moje pierwsze zetknięcie z przeżyciami osoby z AuDHD i jako czytelnik z tą samą podwójną diagnozą szybko poczułem, że w końcu nie jestem sam. Ja i Leanne mieliśmy zupełnie inne życia, inne doświadczenia i inne historie. Ona była modelką, ja z modelingiem nie mam kompletnie nic wspólnego. Jednak nasze wewnętrzne przeżycia, przemyślenia, problemy, próby dopasowania się oraz nieustanne poczucie, że coś jest ze mną nie tak, bez rozumienia dlaczego i jak sobie z tym poradzić – były niemal identyczne.

Uczucie bycia w pewien sposób zrozumianym było naprawdę oczyszczające, podobnie jak świadomość, że nie jestem jedyny na świecie z takimi problemami.

Zawartość książki

Poza wspomnianym słowniczkiem i wstępem książka zawiera 13 rozdziałów na ponad 350 stronach w formacie 6×9 cala.

Pierwszy rozdział wyjaśnia, czym jest AuDHD, kolejne dwa opisują spektrum w kontekście dzieciństwa i okresu nastoletniego. Następne rozdziały dotyczą różnych obszarów życia, takich jak nauka, praca, zdrowie psychiczne, proces diagnozy czy charakterystyczne dla AuDHD paradoksy funkcjonowania.

Ostatni rozdział zatytułowany jest „Akceptacja” i zaczyna się od ważnego zdania: nie ma lekarstwa na AuDHD, ponieważ nie jesteś zepsuty. To motyw przewodni, który powtarza się w wielu miejscach książki.

O ile na problemy z regulacją dopaminy w ADHD istnieją leki, o tyle struktura mózgu związana z autyzmem jest obecna od urodzenia i będzie towarzyszyć danej osobie przez całe życie. Jest to po prostu inny sposób organizowania informacji w mózgu.

Wiarygodność i odbiór

Oprócz opisywania własnych przeżyć autorka przytacza ogromną liczbę źródeł, ponad 150 odnośników na przestrzeni całej książki. Dodatkowo ostatnie 30 stron zawiera zestawienie dalszych materiałów: od terapeutów, przez książki i podcasty, aż po organizacje charytatywne.

Warto jednak zauważyć, że nie jest to publikacja naukowa i nie została napisana jako taka. Jest to raczej poradnik dotyczący życia z AuDHD, wzbogacony autobiograficznymi fragmentami ilustrującymi omawiane problemy.

Książkę czyta się bardzo przyjemnie – jest napisana przystępnym językiem, a trudniejsze pojęcia są wyjaśnione w prosty sposób. Jednocześnie nie jest to książka dla każdego.

Nie spodoba się osobom, które nie są zainteresowane historią życia nieznanej im modelki z Wielkiej Brytanii. Może być też trudna dla czytelników, którzy bardzo silnie przeżywają opisywane doświadczenia.

Zdecydowanie jest to natomiast książka dla osób, które szukają choć jednego przykładu osoby myślącej podobnie do nich i zmagającej się z podobnymi problemami.

Z tego powodu mogę ją szczerze polecić – z powyższym zastrzeżeniem.

]]>
Skąd my się znamy?! Sesja 0.5 jako fundament drużyny RPG https://blog.dawid-izydor.pl/rpg/pathfinder-2e/skad-my-sie-znamy-sesja-0-5-jako-fundament-druzyny-rpg/ Sun, 01 Feb 2026 20:38:01 +0000 https://blog.dawid-izydor.pl/?p=776 Każdy kto zagrał przynajmniej kilka kampanii RPG prędzej, czy później natknął się na to samo pytanie skąd my się tak właściwie znamy, i dlaczego razem pracujemy?!

Gracze tworzą ciekawe postaci, GM tworzy ciekawy świat. Wszystko wygląda świetnie… dopóki nie okazuje się, że motywacje są tak drastycznie różne że już na pierwszej sesji Mistrz musi łatać przygodę, improwizując na poczekaniu, bo każdy ciągnie w innym kierunku. W ten sposób powstają drużyny, które nie współpracują ze sobą z powodu wspólnego celu ale bo tak wyszło.

Sesja 0.5 jest w moim odczuciu odpowiedzią na ten problem raczkujących kampanii.

Czym jest sesja 0.5?

Jest to łącznik między sesją 0 i sesją 1. Ma ona bardzo konkretną rolę w podziale na etapy przygotowania i startu kampanii.

Sesja 0

To sesja na której rozmawiamy o kampanii ale jeszcze w nią nie gramy. Omawiamy świat, panujące w niej konwencje, system, zasady (w tym homebrew), oraz to co jest dozwolone, a co nie, co gracze akceptują, a co w przygodzie należy omijać. Na Sesji 0 dyskutujemy też wstępnie pomysły na postaci, a Mistrz Gry może podrzucić kilka inspiracji wynikających bezpośrednio z realiów świata.

Na tej sesji ustalamy też wiedzę powszechną. Rzeczy, które praktycznie każda osoba żyjąca w świecie kampanii zna, a które są dla przygody ważne. Że król jest bezwzględnym tyranem. Że gildia magów ognia jest od niego jeszcze gorsza. Że na południu smoki plądrują wsie, a na wschodzie piraci rabują statki.
Gracze dostają przestrzeń, by zaczepić swoje postacie w świecie i zarysować pierwsze, jeszcze bardzo luźne relacje.

Sesja 1

Sesja 1 to prawdziwy start kampanii. Drużyna, już jako drużyna a nie zbiór pojedynczych graczy, wykonuje swój pierwszy krok na długiej drodze do wielkości. A przynajmniej do przeżycia. Sesja 1 ma wciągnąć graczy więc muszą być wybuchy, pościgi, walki, dużo turlania kośćmi. Tempo na dzień dobry wysokie, ilość bodźców przytłaczające. W takim chaosie łatwo zgubić się kto jest kim, jakie ma motywacje, i jak w zasadzie odgrywać swoją postać.

Sesja 0.5

Sesja 0.5 wypełnia lukę między tymi dwoma etapami.

To chwila, gdy gracze poznają swoje postaci w praktyce, ale przy niskiej stawce. Odgrywając sceny z backstory wiedzą, że nie skończą się katastrofą. Wiedzą, że nie podejmują jeszcze decyzji które odwrócą losy całej kampanii, albo całego przynajmniej świata. Zamiast tego mają chwilę czasu by oswoić się z odgrywaniem postaci, i by dopracować to, co do tej pory istniało głównie w ich głowach.

Równocześnie gracze zaczynają poznawać postacie pozostałych graczy, i może również ważniejszych bohaterów niezależnych. Dzięki temu przychodząc na 1 sesję z grubsza wiedzą, kto kim jest, co mówi, jak reaguje, co lubi, a co doprowadza go do szału. Relacje przestają istnieć teoretycznie, każdy gracz faktycznie sobie z każdą postacią jakąś wyrobił. Nawet jeśli jego postać tej postaci jeszcze nie spotkała, to gracz już usłyszał drugiego gracza ją odgrywającego.

Po co robić sesje 0.5

Zamiast zaczynać kampanię od no poznaliście się kiedyś gdzieś, sesja 0.5 pozwala pokazać to na żywo, w grze. Gracze odgrywają pierwsze momenty gdy się spotkali. Widzą reakcje innych i przede wszystkim zapamiętują dlaczego tej osobie zaufali. Dzięki temu drużyna z sesji 1 nie musi udawać, że relacje istnieją tylko wiedzą dokładnie skąd te relacje się wzięły i dlaczego są takie ważne. Ryzykowanie życia w walce ma dużo więcej sensu gdy ratujemy człowieka, którego znamy od lat. Człowieka z którym z niejednego talerza jedliśmy a na trakcie spędziliśmy razem wiele nocy. Dużo więcej sensu, niż gdy ryzykujemy życie dla przypadkowego przechodnia którego widzimy pierwszy raz na oczy – i tak naprawdę tylko na meta poziomie wiemy, że musimy mu pomóc.

Co ważne, nie każdy musi znać każdego, przynajmniej nie na początku. Może dwie postaci, powiedzmy Jaś i Małgosia, pochodzą z jednej wioski. Odegrajcie to, jak Małgosia kupowała chleb u ojca Jasia. Jaś za to przychodził do matki Gosi by spodnie cerować. Prosta scena, nic dramatycznego, ale buduje świat i powoduje, że gracze czują się ze sobą swojsko. Potem przejdź do drugiej pary, Zbyszka i Miszki. Może akurat byli w wojsku. Miszka była ranna a Zbyszek ją zszywał po walce. Może więcej niż raz. Wiedziała, że może mu ufać, że szyje ją dobrze, a on wiedział, że dopóki ona walczy w pierwszej linii, to on na tyłach jest bezpieczny. I na sam koniec powiąż jakoś te dwie pary. Może na przepustce pan medyk poszedł kupić chleb, a ojca w sklepie akurat zastępował Jaś. Może pan medyk potrzebował nici do szycia, no i młody piekarz mógł go zaprowadzić do matki Gośki…

Lubię też wprowadzić tutaj jakiegoś antagonistę. Nie musi to być ostateczny BBEG, ale ktoś kto, gdy go zobaczymy to od razu chcemy mu z jakiegoś powodu naklepać. Więc gracze idą z piekarni do szewca i napakowany typ z dwoma osiłkami wchodzi w naszego medyka przewracając go i krzyczą patrz jak leziesz łachudro. Gracze jeszcze nie mają przed sobą pełnych kapejek, ekwipunku, magii, nie są w stanie mu odpłacić wklepując od razu, na miejscu. Przynajmniej póki co. Ale zobaczą go znowu, sesję albo dwie później. Od razu poznają, że to jest ten jeden typ którego nienawidzą od dzieciństwa. I on akurat jest w tym kulcie którego szukamy. A do tego naszego medyka pobił… to nie trzeba im nic więcej mówić, sami będą się wyrywać by iść cały kult rozpracować.

Przykład z Myth-Speakera

Na koniec chciałbym opisać jak sesja 0.5 zadziałała u mnie w praktyce. Przykład z ostatniej kampanii, którą zaczęliśmy – Myth-Speaker AP od Paizo.

Najpierw opisałem pokrótce Pol-Dhuraxilis. Los tak chciał, że w tym mieście akurat wszyscy się znajdowali. Zarysowałem klimat miejsca i powiedziałem wprost: wieczorem Turuk i Kiran spotkają się pierwszy raz w karczmie. Zanim do tego jednak doszło, zadałem proste pytanie: co robicie w taki zwykły dzień w mieście. Świat sam ożył. Turuk opowiada jak chodził po mieście brzdękając po lutni. Kiran pilnował rozładunku swojego statku. Rylanor z zainteresowaniem oglądał wszystko co się dało. A Petra, jego ochroniarka szukała wszystkiego, co w Mieście Potworów mogłoby go zabić.

Turuk miał w kieszeni zaproszenie na przygodę i szukał statku do Pol-Bailax. Kiran akurat takim statkiem pływał. Z tego powodu mieli dogadać się w sprawie rejsu. Parę minut gadania ze sobą, jeden zamawia wino, gdy podchodzi do nich tengu w towarzystwie dwóch minotaurów i mówi patrząc na Kirana że nie chcą w mieście takich jak oni, przybyszów z zewnątrz.

Równolegle karczmarka licząca na pieniążek bardzo usilnie stara się swoim dekoltem poderwać Rylanora. Chłopak nie wie co powiedzieć a Petrze jest wyjątkowo nie w smak. W końcu jako ochroniarka nie może pozwolić by byle lafirynda go kokietowała.

Gdy u Turuka i Kirana robi się coraz bardziej gorąco a minotaury mają już wynosić jednego przez drzwi, potężny krzyk Turuka daje im pół sekundy na ucieczkę. Petra wyczuwając zagrożenie i szykującą się w karczmie bójkę bierze Rylanora na zewnątrz, wpadając na minotaury i przewracając je, niechcący pomagając chłopakom w ucieczce.

Następnego dnia los chciał, że obie pary bohaterów znowu są w tym samym miejscu, o tym samym czasie. Tym razem nie w karczmie a w restauracji. Zamawiają tam egzotyczne danie, kebaba, taki uśmiech do poprzedniej kampanii. Ale, że jest tłoczno i tylko jeden stolik wolny. Na początku sesji kazałem im rzucić kośćmi, tak pro forma, żeby przetestować jak się rzuca, ale zapisałem wyniki. I teraz się przydają – postać która miała niższy wynik z jednej pary potyka się i wywala swojego kebaba wprost na szatę postaci które miała wyższy wynik z drugiej pary. Trochę głupio wyszło, przepraszają się, no i siadają przy tym jednym stoliku, a jak Rylanor, miłośnik historii o herosach dowiaduje się, że Turuk ma zaproszenie na pogrzeb niedawno zmarłego herosa, to zaraz cała czwórka siedzi na statku do Pol-Bailax.

W Pol-Bailax dość szybko okazuje się, że nie tylko oni tu przypłynęli. W igrzyskach bierze też udział tengu która przy pomocy znajomych minotaurów prawie pobiła wcześniej Turuka i Kirana. Nie możemy pozwolić żeby wygrała igrzyska podsumowują to gracze. A GM tylko się uśmiecha.

]]>