Artykuł Silna gospodarka zaczyna się od dobrych decyzji pochodzi z serwisu GF24.pl.
]]>– Nie da się budować bezpiecznego i silnego państwa bez konkurencyjnej gospodarki. Przedsiębiorcy inwestują, tworzą miejsca pracy, rozwijają technologie i kompetencje, które wzmacniają pozycję Polski oraz jej odporność na kryzysy. Potrzebujemy polityki łączącej strategiczne ambicje państwa ze stabilnym prawem, przewidywalnymi regulacjami i partnerskim dialogiem z administracją – podkreśla Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich.
W kongresie uczestniczyło ponad 830 osób, w tym przedstawiciele rządu, administracji, biznesu i dyplomaci z ponad 20 państw. Gościem honorowym była Magdalena Sobkowiak-Czarnecka, sekretarz stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej i pełnomocnik rządu ds. wzmocnienia odporności państwa.
Zorganizowane przez Federację debaty dotyczyły m.in. finansów publicznych, regulacji, energii, rynku pracy, ochrony zdrowia, podatków, transformacji cyfrowej i bezpieczeństwa łańcuchów dostaw. Szczególną uwagę poświęcono wykorzystaniu inwestycji strategicznych do rozwoju krajowego przemysłu, technologii i kompetencji.
Marek Kowalski, przewodniczący FPP, podkreślił znaczenie potencjału polskich firm i stabilnych łańcuchów dostaw dla bezpieczeństwa państwa. FPP postuluje większy udział krajowych przedsiębiorstw, w tym MŚP, w inwestycjach i zamówieniach obronnych, co ma wspierać rozwój krajowych dostawców, innowacje i efektywne wykorzystanie środków.
Z kolei w debacie liderów partyjnych poświęconej kondycji gospodarki, zadłużeniu, podatkom i kierunkom polityki publicznej wzięli udział: Radosław Sikorski, Magdalena Biejat, Marcin Horała i Sławomir Mentzen.
W centrum tej rozmowy znalazło się pogodzenie finansowania bezpieczeństwa i infrastruktury z jakością usług publicznych oraz stabilnością finansów państwa. Z perspektywy biznesu kluczowa jest nie tylko skala wydatków, ale przede wszystkim ich efektywność i wpływ na produktywność.
Uczestnicy wskazywali, że rozwój inwestycji wymaga stabilnych regulacji, sprawnej administracji, dostępu do kapitału i pracowników oraz przewidywalnych kosztów działalności. Częste zmiany przepisów i nadmierna biurokracja zwiększają ryzyko i utrudniają planowanie. Prawo powinno realizować cele publiczne przy zachowaniu proporcjonalności obowiązków i uwzględnieniu ich rzeczywistych skutków gospodarczych.
Ta dyskusja podkreśliła znaczenie lokalnych firm, regionalnych specjalizacji i współpracy samorządów z biznesem dla tworzenia miejsc pracy, rozwoju kompetencji oraz wzmacniania konkurencyjności Polski. Poruszono także rolę europejskich marketplace’ów we wspieraniu zagranicznej ekspansji MŚP i cyfrowej suwerenności Europy, wskazując na potrzebę uczciwej konkurencji, łatwiejszego dostępu do rynków i proporcjonalnych regulacji.






Zamówienia obronne impulsem dla krajowego przemysłu
Podczas kongresu odbyła się również debata „Local content w zamówieniach obronnych”, która dotyczyła zwiększania udziału polskich firm w strategicznych zamówieniach poprzez dostawy, współpracę z podwykonawcami, transfer wiedzy i rozwój B+R. Mechanizmy te mogą wzmacniać krajowe łańcuchy dostaw i kompetencje technologiczne, pod warunkiem przejrzystych zasad, dobrego planowania i uwzględnienia możliwości MŚP.
– Wydatki publiczne, zamówienia strategiczne i inwestycje infrastrukturalne powinny wzmacniać długofalowy potencjał polskiej gospodarki. Chodzi o rozwój krajowych dostawców, technologii i kompetencji. Regulacje powinny rozwiązywać konkretne problemy, a nie tworzyć niepewność i koszty ograniczające gotowość firm do inwestowania – podkreślił Marek Kowalski.
Z kolei uczestnicy debaty o konkurencyjności UE wskazali, że różnice w przepisach podatkowych, obowiązki sprawozdawcze i koszty zgodności osłabiają konkurencyjność UE. Omawiano propozycje Komisji Europejskiej z czerwca 2026 r. dotyczące uproszczeń podatkowych. Spójniejsze regulacje i mniejsze obciążenia administracyjne mają ułatwić polskim firmom ekspansję zagraniczną i wzmocnić europejski rynek.


Od diagnozy do konkretnych decyzji
V Kongres „Dialog o Gospodarce” pokazał, że rozwój Polski wymaga silnego przemysłu, stabilnego prawa, konkurencyjnej energii oraz dostępu firm do kapitału, pracowników i technologii. Kluczowe są także odpowiedzialne wydatki publiczne. Według FPP dialog państwa z biznesem powinien przynosić konkretne efekty: wzrost produktywności, nowe inwestycje, sprawniejsze usługi publiczne i większą odporność gospodarki na kryzysy.
– Wartością dialogu nie jest samo zdiagnozowanie problemów, lecz wypracowanie rozwiązań przynoszących wymierne efekty. Polska potrzebuje spójnych decyzji, które pozwolą firmom zwiększać produktywność i konkurować na rynkach międzynarodowych. Tak budujemy trwałą siłę polskiej gospodarki – dodaje Marek Kowalski.
patronat medialny
Artykuł Silna gospodarka zaczyna się od dobrych decyzji pochodzi z serwisu GF24.pl.
]]>Artykuł Z ruin Rakki do cyfrowego dżihadu. Tak zmienia się ISIS pochodzi z serwisu GF24.pl.
]]>Przypomnijmy, że 17 października 2017 r. bojownicy Państwa Islamskiego stracili kontrolę nad Rakką, miastem w północnej Syrii, które przez kilka lata stanowiło centrum ich terrorystycznego imperium. 20 października oficjalnie ogłoszono wyzwolenie tego miasta. Dla świata był to symboliczny moment zwycięstwa nad jedną z najbrutalniejszych organizacji terrorystycznych XXI w. Dziewięć lat później okazuje się jednak, że upadek samozwańczego kalifatu nie oznaczał końca Państwa Islamskiego. Organizacja przetrwało, zmieniło strategię, a jednym z najważniejszych obszarów jego działalności stała się Afryka. Coraz większe obawy budzi również wykorzystywanie przez dżihadystów nowoczesnych technologii, w tym sztucznej inteligencji.
Stolica terroru
Położona nad Eufratem Rakka przed wojną domową była jednym z ważniejszych miast północnej Syrii. W marcu 2013 r. znalazła się pod kontrolą ugrupowań rebelianckich, walczących z reżimem Baszara al-Asada. W kolejnych miesiącach Państwo Islamskie stopniowo umacniało swoją pozycję, wypierając konkurencyjne formacje zbrojne. W styczniu 2014 r. przejęło pełną kontrolę nad miastem, które po ogłoszeniu kalifatu w czerwcu tego samego roku stało się jego faktyczną stolicą w Syrii.
To stąd terroryści zarządzali okupowanymi terytoriami, prowadzili propagandę i koordynowali działania zbrojne. Mieszkańcy żyli pod rządami ekstremistów, którzy narzucili własną, brutalną interpretację prawa religijnego, przeprowadzali publiczne egzekucje i bezwzględnie eliminowali przeciwników. Dlatego to właśnie Rakka stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli terroru związanego z islamem.
Sytuacja zmieniła się w 2017 r., kiedy wspierane przez międzynarodową koalicję pod przewodnictwem Stanów Zjednoczonych Syryjskie Siły Demokratyczne rozpoczęły ofensywę, mającą na celu odbicie miasta. Po kilku miesiącach ciężkich walk siły te wreszcie przejęły kontrolę nad Rakką. To zwycięstwo miało jednak dramatyczną cenę. Wielomiesięczna ofensywa doprowadziła do ogromnych zniszczeń miasta, a według ustaleń Amnesty International i organizacji Airwars w wyniku nalotów i prowadzonego przez koalicję ostrzału artyleryjskiego zginęło ponad 1,6 tys. cywilów. Również z tego powodu, że ISIS wykorzystywało mieszkańców Rakki jako tzw. żywe tarcze, rozmieszczało miny i utrudniało opuszczenie miasta.
To nie koniec
Państwo Islamskie wyrosło z dżihadystycznych struktur, działających w Iraku, w tym organizacji powiązanej z Al-Kaidą. W 2014 r., wykorzystując chaos wojenny w Syrii i słabość irackiego państwa, ogłosiło 29 czerwca powstanie kalifatu. W szczytowym okresie kontrolowało rozległe obszary obu krajów, dysponowało znacznymi zasobami finansowymi i przyciągało tysiące zagranicznych bojowników. Utrata Mosulu w lipcu 2017 r. i Rakki trzy miesiące później oznaczała załamanie dwóch najważniejszych ośrodków władzy tej organizacji. Nie był to jednak jeszcze koniec terytorialnego kalifatu. Dopiero w marcu 2019 r., po zdobyciu przez Syryjskie Siły Demokratyczne ostatniej enklawy ISIS w rejonie Baghuz we wschodniej Syrii, zakończyło się jego istnienie jako struktury sprawującej władzę nad tym rozległym terytorium.
Jednak Państwo Islamskie przetrwało, dostosowując sposób działania do nowych warunków. Zamiast zarządzać jednym quasipaństwem, w coraz większym stopniu opiera się na rozproszonej sieci regionalnych struktur, komórek terrorystycznych i lokalnych ugrupowań, deklarujących lojalność wobec jego kierownictwa.
ISIS przejmuję Afrykę
Szczególne znaczenie zaczęły zyskiwać afrykańskie odłamy Państwa Islamskiego, działające między innymi w Nigerii, Nigrze, Mali, Burkina Faso, Somalii, Demokratycznej Republice Konga i Mozambiku.
Jednym z najważniejszych przykładów jest Prowincja Afryki Zachodniej Państwa Islamskiego (ISWAP), której geneza wiąże się z rozłamami w nigeryjskim Boko Haram. W 2015 r. część tego ugrupowania związała się z Państwem Islamskim. Z kolei w Somalii działalność pod szyldem ISIS rozwinęli bojownicy wywodzący się ze środowiska Al-Shabaab. W Demokratycznej Republice Konga powiązania z ISIS nawiązały Zjednoczone Siły Demokratyczne (ADF), organizacja działająca na długo przed powstaniem samozwańczego kalifatu.
Afrykańskie struktury Państwa Islamskiego wykorzystują lokalne konflikty, słabość instytucji państwowych oraz problemy społeczno-gospodarcze. W niektórych regionach prowadzą regularne działania zbrojne, atakują siły bezpieczeństwa i ludność cywilną, a także próbują przejmować kontrolę nad określonymi obszarami.
From Dubai to Warsaw: Why This International Student Chose Poland
– Liczba ofiar śmiertelnych związanych z przemocą islamistyczną ze strony bojowników w Afryce przekroczyła 20 tys. po raz czwarty z rzędu, co podkreśla obecność grup bojowników w Sahelu, Somalii, dorzeczu Jeziora Czad i Mozambiku – czytamy w portalu internetowymafricacenter.org, który jest prowadzony przez think tank African Center, działający w ramach Departamentu Obrony USA.
Ekspansja tych ugrupowań pokazuje, że utrata terytoriów na Bliskim Wschodzie nie zakończyła międzynarodowej działalności Państwa Islamskiego. Zagrożenie zmieniło charakter i po prostu rozprzestrzeniło się na inne regiony.
AI w służbie ISIS
Zagraniczne portale internetowe informują również, że organizacje dżihadystyczne próbują wykorzystywać do swoich działań postęp technologiczny, w tym rozwój sztucznej inteligencji.
We wrześniu 2026 r. telewizja Al Jazeera opublikowała materiał oparty na badaniach Uniwersytetu Cambridge, dotyczących wykorzystywania ogólnodostępnych narzędzi AI przez członków ugrupowań dżihadystycznych, działających w Nigerii. Badacze przeprowadzili wywiady z 27 byłymi członkami dwóch frakcji Boko Haram: powiązanej z Państwem Islamskim organizacji ISWAP oraz Jama’at Ahl as-Sunna lid-Da’wa wal-Jihad (JAS).
Z relacji części rozmówców wynikało, że bojownicy korzystali z popularnych systemów sztucznej inteligencji w celu pozyskiwania informacji technicznych i porad przydatnych podczas działań zbrojnych. W materiale opisano również funkcjonowanie wyspecjalizowanych zespołów zajmujących się wykorzystaniem AI w obu ugrupowaniach.
Także portal adf-magazine.com podkreśla, że z historycznego punktu widzenia, islamscy terroryści szybko wdrażali nowe technologie.
– Sztuczna inteligencja nie jest wyjątkiem. Nowe badania wskazują, że grupy terrorystyczne w Nigerii wykorzystują sztuczną inteligencję do planowania i przeprowadzania śmiertelnych ataków – podkreślili dziennikarze i dodali: „Globalny trzon grupy Państwa Islamskiego (IS) wysłał instruktorów z Iraku, Afganistanu, Afryki Północnej i innych regionów, aby nauczyć dowódców ISWAP obsługi AI. Dostarczali laptopy z oprogramowaniem do szyfrowania, zakładali konta subskrypcyjne i codziennie udzielali porad dotyczących technik maksymalnego wykorzystania różnych platform”.
– Dla agencji bezpieczeństwa, które już zmagają się z wojną asymetryczną, przeciwdziałanie terroryzmowi staje się coraz bardziej złożone, ponieważ terroryści wykorzystują AI na każdym etapie swoich działań – od planowania, przez realizację, aż po analizę wyników. Przyszłość obiecuje nieznane niebezpieczeństwa – czytamy w portalu adf-magazine.com.
Dziewięć lat po upadku Rakki Państwo Islamskie pozostaje więc zagrożeniem, choć jego struktura i metody działania znacznie różnią się od tych z czasów największej potęgi samozwańczego kalifatu. Organizacja, która utraciła kontrolę nad swoim najważniejszym ośrodkiem w Syrii, przetrwała dzięki rozproszonej sieci regionalnych odłamów i zdolności dostosowywania się do nowych warunków.
Historia Rakki przypomina, że zwycięstwo militarne nad organizacją terrorystyczną nie musi oznaczać końca zagrożenia. W przypadku ISIS walka przeniosła się na inne obszary, a jej kolejnym wymiarem staje się wykorzystanie technologii, które jeszcze kilka lat temu pozostawały poza zasięgiem większości ugrupowań zbrojnych.
Artykuł Z ruin Rakki do cyfrowego dżihadu. Tak zmienia się ISIS pochodzi z serwisu GF24.pl.
]]>Artykuł Czy system VAT skłania najmniejszych do opodatkowania? Jak się to wiąże z unikaniem opodatkowania pochodzi z serwisu GF24.pl.
]]>Artykuł Czy system VAT skłania najmniejszych do opodatkowania? Jak się to wiąże z unikaniem opodatkowania pochodzi z serwisu GF24.pl.
]]>Artykuł Powtórka z kryzysu zadłużenia? pochodzi z serwisu GF24.pl.
]]>
Francja znalazła się na ustach całego świata za sprawą fali zamieszek i podpaleń, lecz wkrótce do jej listy zmartwień może zostać dopisany poważny kryzys zadłużenia. Podpalenia aut czy uliczne akty przemocy nie są niestety w zachodniej Europie niczym niecodziennym. Dotyczy to w szczególności Francji, w której pretekstu do wybuchu nowej fali zamieszek może dostarczyć choćby zwycięstwo ukochanej drużyny w piłkarskiej Lidze Mistrzów.
Tym razem masowe podpalenia szkół i budynków użyteczności publicznej oraz plądrowanie sklepów próbuje się tłumaczyć niezadowoleniem uczniów i studentów z jakości nauczania oraz brakiem perspektyw na poprawę ekonomicznego bytu. Tego rodzaju interpretacje pomijają standardowo fakt, że podstawową przyczyną obecnych niepokojów jest całkowicie błędna polityka imigracyjna wdrażana na przestrzeni minionych kilkudziesięciu lat. Obecne burdy nie są żadnym buntem zatroskanego o swą przyszłość młodego pokolenia, lecz regularną wojną wypowiedzianą Francji przez imigrantów oraz skrajnie lewicowe bojówki.
Łuny nad Francją
Obserwowane w ostatnich dniach na widnokręgu francuskich miast łuny pożarów stanowią w pewnym sensie symbol dużo głębszego problemu, który może wkrótce rozgorzeć nie tylko we Francji. Jak zwraca uwagę wielu komentatorów francuskie państwo w niebezpieczny sposób zbliża się ostatnio do poziomu zadłużenia, który kilkanaście lat temu osiągnęła Grecja w momencie ogłoszenia bankructwa. Całkowity dług publiczny Francji zbliża się do prawie 120 proc. PKB, a greckie państwo splajtowało przy 125 proc.
Pomiędzy Grecją i Francją istnieje oczywiście wiele różnic. Grecja to niewielki kraj żyjący głównie z turystyki, nieposiadający silnego sektora bankowego ani nie przynależący do grupy państw G-7. Z kolei Francja to kraj z prężnym sektorem energetycznym (co na tle reszty Europy ma ogromne znaczenie), wiodącą branżą farmaceutyczną, motoryzacyjną czy lotniczą oraz mający do dyspozycji wiele hitów eksportowych. Na dodatek to m.in. właśnie francuskie banki pożyczały przed 2009 r. Grecji, a greckie banki nie mają niemal żadnego wpływu na gospodarkę Francji. Teoretycznie więc Francja jest sobie w stanie pozwolić na dużo więcej niż południowe państwo, mające na dodatek długą historię niewywiązywania się ze swoich finansowych zaległości.
Pomimo tego od dłuższego czasu na światowych rynkach kapitałowych daje się zaobserwować narastającą niepewność wobec Francji. Wielcy światowi inwestorzy (fundusze emerytalne, wielkie firmy inwestycyjne czy też narodowe fundusze inwestycyjne) redukują ostatnio ekspozycję na francuskim długu, obawiając się nadchodzących zawirowań. Znajduje to odbicie w rentowności obligacji 10-letnich, która jeszcze w czerwcu wynosiła jeszcze 3,6 proc., aby w ostatnich dniach wzrosnąć do niemal 5 proc. Tego rodzaju wartość jest już sama w sobie alarmująca, ponieważ przekracza poziom z lat 2010-2012, gdy przez Europę przetoczyła się fala kryzysu zadłużenia. Jeszcze 7-8 lat temu średnia rentowność francuskich obligacji nie przekraczała 1 proc.
Spirala zadłużania
Francja wydaje obecnie na obsługę zadłużenia nawet 65 mld euro. Jest to kwota znacząca, bo stanowiąca niemal dwukrotność tego, co przeznaczała na ten sam cel zaledwie 6 lat temu. Na dodatek przy pogarszającej się wycenie obligacji, francuskie państwo musi obecnie zastępować tańszy dług droższym długiem, a szanse na diametralną poprawę sytuacji gospodarczej są dosyć ograniczone.
Francja od wielu lat nie podjęła się bardzo niepopularnej redukcji wydatków publicznych, stając się zakładnikiem presji poszczególnych grup interesów. Niemal 40 proc. wszystkich pieniędzy wydawanych przez państwo przeznaczane jest na politykę socjalną, która od lat stanowi jedną z głównych przyczyn masowej imigracji. Partie zabiegające o głosy przybyszów z innych krajów stanowczo sprzeciwiają się redukcji wydatków w tym zakresie, co doprowadza do nakręcania się spirali niekontrolowanego przyrostu długu.
Niższy PIT, wyższy CIT? Makowski o tym, kto zapłaci za reformę podatkową
Problem Francji jest tak naprawdę problemem wielu innych krajów europejskich, które w ostatnim czasie odnotowały niepokojący wzrost kosztów zadłużania się. Wysoką rentowność obligacji skarbowych odnotowują dziś m.in. Włochy (4,6 proc.), Hiszpania (4,0 proc.), a nawet Niemcy (3,7 proc.). Szczególnie szokująca w gronie państw mierzących się z pogarszającymi się wskaźnikami jest obecność Niemiec, które od lat uchodziły za kraj gwarantujący stabilność całej strefy euro oraz dysponujący wystarczająco wysokimi nadwyżkami kapitałowymi, aby w porę zagasić jakiekolwiek zarzewie kryzysu. Przy poprzednim kryzysie zadłużenia w Europie za najbardziej problematyczne uchodziły kraje południa Europy, lecz tym razem problemy dosięgają nawet takie kraje, jak Austria, Holandia czy Belgia.
Narastający problem z zadłużeniem ma w praktyce cała Europa, która płaci w ten sposób bardzo wysoką cenę za swoje ideologiczne zacietrzewienie. Stopniowa utrata zaufania inwestorów to rachunek wystawiony za politykę wysokich deficytów, nieograniczonej imigracji oraz klimatyzm. W strefie euro (poza nielicznymi wyjątkami) już od wielu lat nie odnotowano wzrostu gospodarczego na poziomie przekraczającym 5 proc. PKB i nie ma w tym ani cienia przypadku.
Krępujący gorset UE
Niewątpliwie główna odpowiedzialność za taki stan rzeczy spoczywa na Unii Europejskiej, która poprzez swoje regulacje i politykę centralizacji dosłownie zgasiła w Europie duch przedsiębiorczości. Stary Kontynent jest dziś miejscem smutnej degradacji własnego przemysłu, usług czy sektora finansowego przy jednoczesnej bezprecedensowej ekspansji chińskich i amerykańskich podmiotów. Wspólnota europejska ujednoliciła cały kontynent w polityce stagnacji, braku reform fiskalnych i podporządkowaniu ideologiom, przez co dziś mierzące się z narastającym kryzysem zadłużenia państwa mają do dyspozycji coraz bardziej ograniczony zakres środków umożliwiających realną poprawę sytuacji. Szczególnie, iż w Europie coraz bardziej daje o sobie znać przerażający kryzys demograficzny.
W Polsce zdecydowanie zbyt mało mówi się o tym, że problem europejskiego kryzysu zadłużenia publicznego dotyczy także naszego kraju. Pod rządami duetu Donald Tusk – Andrzej Domański całkowite zadłużenie liczone według metodologii unijnej osiągnie w przyszłym roku prawie 70 proc. PKB. Na tle innych państw, których dług sięga 100-120 proc. PKB, sytuacja w naszym kraju przedstawia się pozornie niegroźnie, lecz w razie nagłej eskalacji braku zaufania do całej Europy sytuacja może się stać bardzo niepokojąca. Gdy zrealizuje się czarny scenariusz nikt nie będzie brał pod uwagę tego, jakie są nasze atuty względem reszty kontynentu. Polska będzie postrzegana jako część unijnego projektu naznaczonego gospodarczym marazmem, regulacjami i deindustrializacją.
Kwota całkowitego zadłużenia Francji wynosi obecnie 3,6 bln euro, a deficyt budżetowy sięga poziomu 5,1 proc. Ktokolwiek zostanie wybrany w listopadzie nowym prezydentem Francji będzie musiał zacząć swoje rządy od zakasania rękawów i dokonania odważnych decyzji. Wiele wątpliwości budzi jednak to, czy wiodący kandydaci do objęcia tak bardzo odpowiedzialnej funkcji są w stanie sprostać zadaniu. Przedstawiciel skrajnej lewicy Jean-Luc Mélenchon zaproponował niedawno, aby posiadający aż 18 proc. całego publicznego długu Bank Francji… po prostu anulował to zobowiązanie i tym samym zlikwidował problem całego zadłużenia.
Totalna ignorancja Mélenchona może budzić co najmniej rozbawienie, choć wyrażone przez niego pragnienie dość dobrze odzwierciedla żywione przez większość Francuzów pragnienie likwidacji problemu zadłużenia niczym przy pomocy dotknięcia magiczną różdżką. Niestety, rozwiązanie tej kwestii będzie wymagało bardzo wielu bolesnych i długotrwałych zabiegów.
Artykuł Powtórka z kryzysu zadłużenia? pochodzi z serwisu GF24.pl.
]]>Artykuł Chiny zaanektują Księżyc? pochodzi z serwisu GF24.pl.
]]>
Tytułowe pytanie nie jest z kosmosu, mimo że przekraczając sphaera sublimaris, sięga do samej Luny. A mówiąc dokładniej to nie tyle pytanie, co przywódcy KPCH uznali, że „trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe”; nawet gdyby okazało się, że znajduje się ono na Księżycu. To komuniści chińscy są przekonani, że system zaufania społecznego należy wdrożyć również na tym wiernym satelicie Ziemi. Mówię to wszystko w przenośni, rzecz jasna. A bez metafor?
Dr Henry R. Hertzfeld, profesor nauk o polityce kosmicznej i sprawach międzynarodowych w Szkole Spraw Międzynarodowych Elliotta na Uniwersytecie Jerzego Washingtona, zauważył w 2011 r., że komercyjne wykorzystanie przestrzeni kosmicznej do generowania zysków poprzez sprzedaż towarów i usług zarówno podmiotom rządowym, jak i klientom prywatnym, stało się dziś oczywistością. Mimo konkurencji ze strony ZSRR, a później (o wiele słabszej) konkurencji Rosji, Stany Zjednoczone utrzymywały pozycję światowego lidera w dziedzinie technologii i komercyjnej aktywności w kosmosie.
Rzecz w tym, że jak podnosi portal The Security Distillery – w tekście Pabla Villara Bolañosa z 2024 r. – ta dominująca pozycja Ameryki zaczyna być podkopywana przez ambicje komunistycznych przywódców Chin. Co jest zjawiskiem niebezpiecznym, jeśli przypomnimy sobie słowa prezydenta USA Lyndona B. Johnsona, który stwierdził, że „kto kontroluje przestrzeń kosmiczną, będzie kontrolował świat”. Jak wiadomo, w lipcu 1969 r. już za prezydentury jego następcy, Richarda Nixona, Amerykanie wylądowali na Księżycu. W tym czasie Chińczycy byli daleko w tyle, ale się szybko wyrobili, w czym pomogły udane kradzieże amerykańskich technologii, praca za „miskę ryżu” oraz żelazna ręka partii. Obecnie Chiny stanowią liczącą się konkurencję.
Na orbicie mają co prawda mniej satelitów niż USA, bo tylko 500, a Stany Zjednoczone mają ich około 2900, ale bardziej istotne jest zrozumienie celów, dla których państwa wykorzystują te satelity. Chociaż tylko jedna trzecia z nich jest przeznaczona do celów wojskowych, w razie potrzeby wiele z nich, przeznaczonych do użytku cywilnego lub komercyjnego, mogłoby zmienić swoją funkcję, zwraca uwagę Bolañosa.
Chiny, w swojej „Białej Księdze” z 2015 r. uznały przestrzeń kosmiczną za „dominujący punkt odniesienia w międzynarodowej rywalizacji strategicznej”. Przestrzeń kosmiczna jest przez Chińczyków uważana za kluczowy element rozwoju Inicjatywy Pasa i Szlaku (One Belt One Road), której celem jest przekształcenie Chin w gospodarczą, technologiczną i militarną superpotęgę do roku 2050. Chiny uważają możliwość obserwacji Ziemi za kluczowe dla monitorowania rozwoju, postępów i sukcesu megaprojektów infrastrukturalnych planowanych na całym świecie w ramach tej inicjatywy. Postępy te plasują Chiny jako jedyny kraj, obok Stanów Zjednoczonych, zdolny do rozmieszczania orbitalnych obserwatoriów o wysokiej rozdzielczości. Były sekretarz obrony Lloyd Austin stwierdził wręcz, że „przestrzeń kosmiczna jest już areną rywalizacji wielkich mocarstw”.
Mir Sadat, były dyrektor ds. polityki Rady Bezpieczeństwa Narodowego Stanów Zjednoczonych, porównał obecną rywalizację czołowych państw kosmicznych, a w szczególności Chin i Stanów Zjednoczonych, o dominację w przestrzeni kosmicznej i dostęp do potencjalnych zasobów księżycowych, do historycznej „Wielkiej Gry” z XIX i początku XX wieku. Strona internetowa NASA przedstawia biegun południowy Księżyca jako szczególnie intrygujące miejsce w Układzie Słonecznym, zwracając uwagę na jego potencjał do gromadzenia lodu i innych pierwiastków w stale zacienionych kraterach. Zasoby te są postrzegane nie tylko jako nieocenione dla przyszłych działań eksploracyjnych, ale także jako sposób na dostęp do historycznych zapisów składu wody, sięgających początków naszego Układu Słonecznego. Ponadto obecność szczytów górskich w pobliżu bieguna, na które przez długi czas pada światło słoneczne, mogłaby stanowić zrównoważone źródło energii dla ciągłej obecności człowieka na Księżycu, na przykład stałą bazę księżycową. W rezultacie gospodarka Księżyca mogłaby być warta nawet 10 bln dol. do 2050 r. Tyle The Security Distillery.
Pekin już od dawna nie kształtuje strategii politycznej na podstawie „książeczki Mao”. Mimo że nadal jest krajem komunistycznym śmiało sięga po dorobek innych, o wiele starszych, strategów. Dr Lamont Colucci, profesor nauk politycznych na Uniwersytecie Concordia w Wisconsin, z którego pracy korzystam w tej części tekstu, zauważył na portalu Geopolitical Intelligence Services (GIS), że strategiczne podejście Chin do konkurencji na arenie międzynarodowej odzwierciedla głębsze nurty chińskiej myśli strategicznej. Starożytne tradycje związane z Sun Tzu kładły nacisk na kształtowanie warunków, pośrednią przewagę, oszustwo i przewagę pozycyjną przed konfrontacją. Myśliciele legalistyczni, tacy jak Han Fei, podkreślali scentralizowaną władzę państwową, zdyscyplinowane zarządzanie i organizację siły narodowej. Postaci historyczne, takie jak Zhuge Liang, z czasem zaczęły być kojarzone z cierpliwością, przygotowaniem, logistyką i strategicznymi manewrami.
Sztuczna inteligencja w podatkach: pomoc czy niebezpieczna pułapka?
Innymi słowy, Chiny od dawna kierowane są przez myśl, że „gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy”. My się nie spieszymy, bo czas pracuje dla nas.
Dr Lamont Colucci, podobnie jak Mir Sadat, widzi analogię między obecną konkurencją w kosmosie do dziewiętnastowiecznej ekspansji kolonialnej wielkich mocarstw, w których wschodzące potęgi rozszerzały konkurencję na nowe obszary.
Ambicje Chin w kosmosie nie są odosobnionymi projektami technologicznymi, lecz elementami szerszej strategii, związanej z „odrodzeniem narodowym”, pozycjonowaniem strategicznym i długoterminową rywalizacją ze Stanami Zjednoczonymi. Potęga kosmiczna staje się centralnym elementem rywalizacji mocarstw, a niewiele państw zdaje się rozumieć tę transformację bardziej systematycznie niż Chiny. Aktualna polityka Państwa Środka odzwierciedla długofalowe dążenie do włączenia astropolityki do szerszej strategii narodowej, mającej na celu zmianę równowagi sił w XXI w. „Logika rywalizacji wielkich mocarstw nie zanika. Ona rozprzestrzenia się w górę”, pisze dr Colucci.
Chiny rozwinęły niezależną globalną architekturę nawigacji i pomiaru czasu poprzez system Beidou, zmniejszając zależność od amerykańskiej sieci GPS, a jednocześnie rozszerzając chińskie możliwości w zakresie pozycjonowania, nawigacji i pomiaru czasu na całym świecie. Poza nawigacją, Beidou w coraz większym stopniu pełni funkcję strategicznej infrastruktury wspierającej operacje wojskowe, komunikację, logistykę, transport i łączność cyfrową. Pekin rozszerza również swoją integrację z państwami partnerskimi inicjatywy Pasa i Szlaku, w ramach szerszych działań na rzecz internacjonalizacji chińskich standardów technologicznych i zmniejszenia zależności od systemów zachodnich. Jednocześnie Pekin kontynuuje intensywne inwestycje w systemy startowe, zdolności antysatelitarne, eksplorację Księżyca, nadzór kosmiczny oraz komercyjne przedsięwzięcia kosmiczne ściśle powiązane z celami narodowymi.
Te działania nie są odosobnionymi projektami, zauważa Colucci. Stanowią one część szerszej strategii mającej na celu zmniejszenie podatności na zagrożenia, rozszerzenie autonomii strategicznej i zapewnienie Chinom korzystnej pozycji w rozwijającej się gospodarce kosmicznej. Do lat 30. i 40. XXI w. chińskie plany coraz częściej uwzględniają stałą obecność na Księżycu, wydobycie surowców, energię słoneczną z kosmosu oraz szerszą integrację gospodarczą Ziemi i Księżyca.
Niektóre chińskie opracowania strategiczne przewidują, że przestrzeń okołoksiężycowa stanie się głównym obszarem rywalizacji gospodarczej i geopolitycznej do połowy stulecia. Ambicje te w coraz większym stopniu pokrywają się z szerszymi strategiami przemysłowymi i geopolitycznymi. Chiny zdają się postrzegać kosmos nie tylko jako domenę militarną czy naukową, ale jako przyszłą arenę produkcji, transportu, komunikacji, wydobycia surowców i strategicznej dźwigni. Tyle dr Lamont Colucci. Doprawdy, jest się czego bać.
Artykuł Chiny zaanektują Księżyc? pochodzi z serwisu GF24.pl.
]]>Artykuł RAK I DIETA. TO MUSZĄ WIEDZIEĆ PACJENCI pochodzi z serwisu GF24.pl.
]]>Tym razem gościem Iwony Woźniak-Konopy w studiu FMC Zdrowie była Justyna Stępniewska, dietetyczka kliniczna specjalizująca się w dietetyce onkologicznej i autoimmunologicznej. Jak podkreślała ekspertka, zadaniem onkodietetyka nie jest jedynie ułożenie jadłospisu, ale także wsparcie pacjenta przed operacją, podczas leczenia i w okresie powrotu do sił.
Waga nie mówi wszystkiego
W gabinecie dietetycznym celem nie zawsze jest odchudzanie. W onkologii szczególnego znaczenia nabiera przeciwdziałanie niedożywieniu i utracie mięśni. Justyna Stępniewska zwraca uwagę, że również osoba z otyłością może wymagać wsparcia żywieniowego. Sama liczba kilogramów nie wystarcza do oceny jej kondycji. Potrzebne są: wywiad, analiza dokumentacji medycznej i ocena stanu odżywienia. Opracowanie zaleceń to często kilka godzin pracy.
Jednym z najczęstszych problemów jest spożywanie zbyt małej ilości jedzenia. Choroba i leczenie mogą ograniczać apetyt, zaburzać odczuwanie smaku czy powodować szybsze uczucie sytości. Dlatego zalecenie, by po prostu jeść więcej, bywa niewystarczające. Chodzi o takie komponowanie posiłków, aby w porcjach, które chory jest w stanie tolerować, dostarczyć odpowiednią ilość energii oraz składników odżywczych.
Ekspertka podkreśla również znaczenie białka. Gdy zwykła dieta nie pokrywa zapotrzebowania, warto włączyć odpowiednio dobrane preparaty odżywcze, w tym żywność specjalnego przeznaczenia medycznego. Preparaty powinien dobierać specjalista, kierując się potrzebami pacjenta, a nie popularnością produktu.
Justyna Stępniewska zwraca również uwagę, że biegunki, zaparcia, metaliczny posmak w ustach lub trudności z przełykaniem wymagają uwzględnienia zarówno składu, jak i konsystencji potraw. Jadłospis powinien być możliwy do zastosowania i oparty na prostych produktach, a nie stanowić kolejnego obciążenia dla chorego.
Osobnym zagadnieniem jest suplementacja. Dietetyczka zaznacza, że składniki obecne w żywności i ich skoncentrowane dawki w preparatach nie są tym samym. Zwraca uwagę na bezpieczeństwo oraz możliwe interakcje suplementów z leczeniem. Decyzje o stosowaniu dodatkowych preparatów powinny zapadać we współpracy z zespołem medycznym. Większa liczba kupowanych preparatów nie jest miarą jakości opieki.
Ruch na miarę możliwości
Wsparcie żywieniowe łączy się z dbałością o sprawność. Ekspertka przestrzega przed utożsamianiem oszczędzającego trybu życia z całkowitą bezczynnością. Ważne są spacery i ćwiczenia, najlepiej pod opieką specjalisty, bo nie chodzi o wynik sportowy, ale o aktywność dostosowaną do stanu chorego. Dla jednej osoby będzie to wyjście z domu, dla innej – poruszanie się po mieszkaniu.
„Wszystko musi być dostosowane do kondycji pacjenta” – podkreślała w studiu FMC Zdrowie. Ta zasada dotyczy również odpoczynku i wsparcia psychicznego. W rozmowie pojawiły się także kwestie bezsenności oraz potrzeby korzystania z pomocy specjalistów zamiast samotnego mierzenia się z obciążeniem związanym z chorobą.
Koszt braku koordynacji
Podczas rozmowy Justyna Stępniewska opowiedziała również o trudnościach pacjentek z uzyskaniem konsultacji onkologiczno-genetycznej oraz o sytuacjach, w których długi czas oczekiwania skłaniał je do opłacenia badań z własnej kieszeni. Zwróciła też uwagę, że część chorych dopiero podczas dodatkowych konsultacji (np. u dietetyka klinicznego) dowiaduje się, o co warto zapytać onkologa. To obraz problemu, którego nie rozwiązuje samo istnienie świadczenia: potrzebna jest jeszcze informacja o tym, jak z niego skorzystać.
Nie oznacza to jednak, że wykonywanie większej liczby badań zawsze przynosi korzyści. Ekspertka ostrzega przed wykonywaniem ich pod wpływem przypadkowo przeczytanych informacji oraz interpretowaniem wyników bez znajomości sytuacji klinicznej. Edukacja ma pomagać w podejmowaniu uzasadnionych decyzji, a nie skłaniać do ponoszenia kolejnych wydatków.
Z rozmowy wyłania się postulat lepszej koordynacji opieki. Dietetyk, onkolog i inni specjaliści powinni pracować nad wspólnym planem, zamiast pozostawiać chorego z niepowiązanymi zaleceniami. Wsparcie ma towarzyszyć terapii, a nie ją zastępować.
Całość na kanale YouTube/@FMCZdrowie
Artykuł RAK I DIETA. TO MUSZĄ WIEDZIEĆ PACJENCI pochodzi z serwisu GF24.pl.
]]>Artykuł Skok na NBP pochodzi z serwisu GF24.pl.
]]>
Wniosek o postawienie prezesa NBP Adama Glapińskiego przed Trybunałem Stanu, to bodaj najbardziej destrukcyjny z dotychczasowych pomysłów rządu, a trzeba powiedzieć, że od dłuższego czasu ten rząd w destrukcyjnych pomysłach ściga się już tylko sam ze sobą. Formalnie oczywiście z takim wnioskiem wystąpiła sejmowa Komisja Odpowiedzialności Konstytucyjnej, lecz chyba nikt nie ma wątpliwości czyje zlecenie wykonują zasiadający w niej posłowie rządzącej koalicji. Postawienie Glapińskiego przed Trybunałem Stanu było jednym ze „100 konkretów” obiecywanych w kampanii wyborczej w 2023 r., a sam Donald Tusk snuł wizje wyprowadzenia prezesa NBP z gabinetu przez „silnych ludzi” – jak można się domyślać, w sposób który znamy z siłowego przejęcia TVP. Ten scenariusz jednak nie wypalił, gdyż jeszcze w grudniu 2023 r. za Adamem Glapińskim ujęli się w specjalnych listach „wszyscy święci” międzynarodowych finansów, w tym sama Christine Lagarde – prezes EBC i była szefowa MFW oraz prezesi innych banków centralnych. Dla wszystkich bowiem było jasne, że pogwałcenie niezależności NBP stanowiłoby nie tylko niebezpieczny precedens instytucjonalny, lecz również wywołałoby perturbacje na rynkach finansowych – a takie kwestie, jak stabilność finansowa, gospodarcza i monetarna, której jednym z gwarantów jest niezależna od zachcianek rządzących pozycja banków centralnych, to są zbyt poważne sprawy, by wystawiać je na taki hazard.
Donald Tusk postanowił więc dopiąć swego metodą okrężną – i to na dwa sposoby. Pierwszy, to wspomniane postawienie Adama Glapińskiego przed Trybunałem Stanu, co automatycznie poskutkowałoby zawieszeniem go w czynnościach prezesa NBP. Uchwałę taką Sejm podejmuje bezwzględną większością głosów – problem w tym, że przepis ten zakwestionował w styczniu 2024 r. Trybunał Konstytucyjny, uznając, że do zawieszenia w czynnościach postawionego przed TS prezesa NBP niezbędna jest większość 2/3 głosów, a takowej rządząca koalicja nie ma. Trybunał mógłby więc uznać, że do zawieszenia nie doszło. Druga rzecz: przewodniczącym Trybunału Stanu jest z urzędu pierwszy prezes Sądu Najwyższego – obecnie jest nim Zbigniew Kapiński… nieuznawany przez rząd, jako tzw. neosędzia. Kto więc miałby Glapińskiego sądzić? „Nieprawidłowo” obsadzony Trybunał na mocy niekonstytucyjnego przepisu? Proszę mi wybaczyć, ale nie czuję się na siłach, by rozplątywać ten prawniczy węzeł gordyjski. Jedno jest pewne – mielibyśmy gigantyczną polityczną awanturę, skutkującą paraliżem NBP.
Sztuczna inteligencja w podatkach: pomoc czy niebezpieczna pułapka?
Drugi „sposób na Glapińskiego” to konsekwentna obstrukcja stosowana przez Donalda Tuska przy obsadzie wakatów w zarządzie NBP. Ustawowo liczy on sobie od 6 do 8 członków. W tej chwili w zarządzie zasiada sześć osób, pozostałej dwójce wygasły bowiem kadencje, a premier Tusk pozostawił bez wymaganej kontrasygnaty przedstawione mu kandydatury następców. Co gorsza, w listopadzie wygasa kadencja Adama Lipińskiego, zarząd straci więc kworum. Na to właśnie liczy Tusk, który – jak twierdzą wtajemniczeni – będzie chciał objąć NBP zarządem komisarycznym, wprowadzając tam swoich ludzi. Taki ruch nie ma wprawdzie żadnej podstawy ustawowej, ale nasza polityka w ostatnich latach nie takie rzeczy już widziała.
Zarzutów wobec Glapińskiego jest kilka, lecz większość z nich to demagogiczny bełkot w rodzaju „upolitycznienia” NBP czy braku skuteczności w walce z „drożyzną”. Tak naprawdę kluczowy jest jeden punkt: pośrednie finansowanie deficytu budżetowego w latach 2020-2021 poprzez skupowanie z rynku wtórnego papierów wartościowych państwowych instytucji. Sęk w tym, że Glapiński robił dokładnie to samo, co robiło wtedy pół świata, z USA i Europą na czele. To „luzowanie ilościowe” zwane też „niekonwencjonalną polityką monetarną” miało na celu złagodzenie skutków kryzysu pandemicznego – poza tym, NBP ma prawo skupować z rynku papiery wartościowe, tak więc i tu podstawa prawna zarzutu jest co najmniej wątpliwa. Mówimy przy tym o prezesie NBP mającym na swoim koncie szereg sukcesów, na czele z bezprecedensowym powiększeniem polskich rezerw dewizowych, w szczególności złota, którego mamy obecnie 694 tony, co plasuje nas w pierwszej światowej dziesiątce. Zresztą, biorąc pod uwagę dramatyczny stan finansów publicznych i przyrastające w lawinowym tempie zadłużenie, kto wie czy położenie ręki właśnie na tych rezerwach nie jest głównym powodem rządowego „skoku na NBP”.
Skutki mogą być jednak dramatyczne. Zamach na bank centralny oznacza niemal na pewno gwałtowną reakcję rynków finansowych. Najbardziej bowiem nie lubią one destabilizacji i niepewności – a właśnie takie będą konsekwencje rządowych poczynań. Rentowność obligacji poszybuje pod niebo, a wraz z nią koszty obsługi zadłużenia. Złotówka z kolei poleci na łeb, bo w odbiorze rynków przestanie być stabilną, obliczalną walutą, co dodatkowo narazi ją na ataki spekulacyjne. Szykuje się więc totalna demolka. Atakując NBP rząd bawi się zapałkami i możemy się tylko modlić, by nie wywołał pożaru w którym wszyscy spłoniemy.
Artykuł Skok na NBP pochodzi z serwisu GF24.pl.
]]>Artykuł Polska inwestuje w obronę powietrzną – nie tylko w pociski, ale także w fabryki pochodzi z serwisu GF24.pl.
]]>
WARSZAWA – Polska wydaje dziesiątki miliardów złotych na obronę przed rosyjskimi dronami i pociskami rakietowymi, a coraz większa część tych środków pozostaje w krajowych zakładach. Norweski Kongsberg zbuduje pod Gdańskiem fabrykę o wartości 200 mln zł, w której będą powstawać systemy do zwalczania dronów. Z kolei europejski producent pocisków rakietowych MBDA przekazuje 11 spółkom konsorcjum PGZ-Narew technologie produkcji pocisków przeciwlotniczych CAMM-ER i wyrzutni (PGZ). O planach obu firm ich szefowie mówili „Gazecie Finansowej” 13 października podczas Warsaw Security Forum.
– Mocno stawiamy na Polskę jako naszą bazę produkcyjną – powiedział Eirik Lie, prezes Kongsberga.
– Mówię o bezprecedensowym transferze technologii z pełnym przekonaniem – powiedział Jim Price, prezes MBDA Polska. – Przekazujemy 11 spółkom PGZ technologie dotyczące zarówno pocisku, jak i wyrzutni.
Polska pilnie potrzebuje tego uzbrojenia. Zagrożenie stale narasta od września 2025 r., kiedy około 20 rosyjskich dronów naruszyło polską przestrzeń powietrzną, a sojusznicze samoloty zestrzeliły nawet cztery z nich. Był to pierwszy przypadek otwarcia ognia przez samoloty NATO do rosyjskich dronów. Dwa miesiące później sabotażyści wysadzili fragment linii kolejowej Warszawa–Lublin, jednej z głównych tras transportu pomocy dla Ukrainy. Polskie władze obarczyły odpowiedzialnością rosyjski wywiad. 30 lipca 2026 r. rosyjski pocisk manewrujący Ch-101 spadł na pole na Lubelszczyźnie. Jak powiedział wiceminister obrony narodowej Cezary Tomczyk, Polska musi liczyć się z „możliwością wtargnięcia dronów na nasze terytorium każdego dnia”. Od 1 października 2026 r. podstawą decyzji o zestrzeleniu może być tzw. identyfikacja pozytywna, oparta na zestawieniu dostępnych informacji, bez konieczności wcześniejszego potwierdzenia wzrokowego.
Zagrożenie sięga dziś daleko poza granice Polski. Od 6 października drony zatopiły dwa statki towarowe u wybrzeży Bułgarii na Morzu Czarnym. W rejonie Zatoki Perskiej jemeńscy Huti uderzali w saudyjskie lotniska i instalacje naftowe, wykorzystując drony i pociski rakietowe irańskiej konstrukcji. To ta sama rodzina uzbrojenia, której Rosja używa w atakach na Ukrainę.
Kongsberg zainwestuje w zakład na Pomorzu ponad 200 mln zł, czyli około 45 mln euro. Fabryka będzie produkować i serwisować sprzęt do zwalczania dronów na potrzeby SAN, nowego polskiego programu obrony powietrznej krótkiego zasięgu. Umowę na jego realizację Kongsberg podpisał w styczniu 2026 r. z PGZ i Agencją Uzbrojenia, odpowiedzialną za zakupy dla resortu obrony. Zakład zatrudni ponad 100 osób, a rozpoczęcie produkcji seryjnej zaplanowano na pierwszą połowę 2028 r.
– Zapowiadaliśmy także, że w przyszłości chcemy, aby powstawało tam więcej systemów bezzałogowych – powiedział Lie. Dodał, że Kongsberg analizuje możliwość produkcji w tym zakładzie również innych pojazdów autonomicznych.
W wywiadzie dla PAP z 12 października Lie poinformował, że fabryka będzie także wytwarzać bezzałogowe jednostki pływające oraz wieże do pojazdów bojowych, a jej produkcja trafi również na eksport. – Norwegia może się wiele nauczyć od Polski – stwierdził, odnosząc się do tempa, w jakim polski przemysł dostosowuje produkcję.
Wartość programu SAN wynosi około 15 mld zł. Obejmuje on zakup 18 baterii, z których każda stanowi mobilny zespół radarów, wyrzutni i armat. Systemy zostaną zamontowane łącznie na ponad 700 wojskowych samochodach ciężarowych i pojazdach opancerzonych polskiej produkcji. Liderem konsorcjum jest PGZ, Kongsberg dostarcza kluczowe technologie, a APS, prywatna firma z Gdyni, łączy radary i uzbrojenie w jedną sieć. Według PGZ jej spółki dostarczą około 60 proc. komponentów.
Lie podkreślił, że Kongsberg i PGZ współpracują „na równych zasadach”, a prace przebiegają zgodnie z harmonogramem przewidującym pierwszą dostawę w 2026 r. – Dużą część łańcucha dostaw tworzą polskie firmy, dlatego też znaczna część prac jest wykonywana w Polsce – powiedział.
Polska finansuje SAN pożyczkami z SAFE, unijnego programu pożyczkowego na rzecz obronności. SAFE określa wymagania dotyczące pochodzenia komponentów. Co do zasady koszt części pochodzących spoza UE, Ukrainy i państw EOG–EFTA nie może przekraczać 35 proc. całkowitego kosztu komponentów produktu. Polska podpisała umowę pożyczkową SAFE na około 43,7 mld euro – największą kwotę przyznaną państwu członkowskiemu. Lie zwrócił uwagę, że SAFE „umożliwia również innym krajom udział w tego samego rodzaju zakupach”. Z pożyczek SAFE na podobne zakupy mogą korzystać również inne państwa członkowskie UE, pod warunkiem spełnienia wymogów programu.
12 października premierzy Norwegii Jonas Gahr Støre i Polski Donald Tusk podpisali w Warszawie deklarację o partnerstwie strategicznym, zakładającą zwiększenie skali wspólnych zakupów oraz współpracy produkcyjnej przemysłów obronnych obu państw. Lie powiedział, że deklaracja zapewnia Kongsbergowi „parasol współpracy międzyrządowej, pod którym będziemy działać, rozwijając następnie współpracę między firmami”.
Czy Polacy przetrwają pierwsze 72 godziny kryzysu? Zapytaliśmy na MSPO w Kielcach
Podczas panelu 13 października Lie mówił, że marynarki wojenne będą potrzebować dronów i okrętów współdziałających w jednej sieci – „systemie systemów”. Admirał Rob Bauer, były przewodniczący Komitetu Wojskowego NATO, powiedział podczas tej samej dyskusji, że Europa potrzebuje „przemysłu obronnego, który pozwoli zwyciężyć”. – Powinniśmy przestać wzajemnie się obwiniać, usiąść do rozmów i nawiązać partnerstwa. Wtedy znajdą się pieniądze – podkreślił.
MBDA, należąca do Airbusa, BAE Systems i Leonardo, jest największym europejskim producentem pocisków rakietowych. W 2025 r. MBDA osiągnęła 5,8 mld euro przychodów, a na koniec tego roku wartość jej portfela zamówień wynosiła 44,4 mld euro. Kontrolowany przez norweski rząd Na koniec 2025 r. portfel zamówień segmentu Kongsberg Defence & Aerospace wynosił około 125,4 mld koron norweskich, czyli mniej więcej 10,7 mld euro. Wspólnie z amerykańskim Raytheonem produkuje NASAMS – system obrony powietrznej, który od 2005 r. chroni rejon Waszyngtonu, a dziś broni również Ukrainy.
CAMM, produkowany przez MBDA pocisk krótkiego zasięgu, może zwalczać samoloty, pociski manewrujące i drony. Stanowi podstawę Narwi, największego polskiego programu obrony powietrznej. Przewiduje on pozyskanie do 2039 r. 23 baterii, 138 wyrzutni i ponad tysiąca pocisków CAMM-ER – wersji o wydłużonym zasięgu. Jak powiedział Price, wspierany przez Wielką Brytanię transfer technologii „sięga głębiej niż jakakolwiek inna oferta dostępna w Polsce”. Polskie zakłady będą produkować na licencji zarówno pociski, jak i wyrzutnie, na podstawie projektów MBDA. – Daje to Polsce niezależność w tej dziedzinie, jaką rzadko udaje się osiągnąć – podkreślił.
Według PGZ jej spółki będą produkować niemal całą wyrzutnię, przeprowadzać końcowy montaż pocisku oraz wytwarzać trzy z jego najbardziej wartościowych podzespołów: radiolokacyjną głowicę naprowadzającą, która kieruje go na cel, głowicę bojową i silnik rakietowy. MESKO, należący do PGZ producent amunicji, inwestuje w Skarżysku-Kamiennej 360 mln zł w produkcję silników i głowic bojowych. Wojskowe Zakłady Elektroniczne (WZE), także należące do grupy, budują w Zielonce centrum rakietowe o wartości 129,4 mln zł. Zakończenie inwestycji zaplanowano na 2028 r.
W pisemnym stanowisku przekazanym „Gazecie Finansowej” 14 października PGZ poinformowała, że Polska należy do nielicznych państw europejskich budujących zintegrowany, wielowarstwowy system obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, zdolny do zwalczania pełnego spektrum zagrożeń z powietrza, w tym dronów. Grupa wskazała, że umowy dotyczące programu Narew zawarto jeszcze przed powstaniem SAFE, ale już wówczas przewidywały one szeroki udział polskiego przemysłu oraz transfer technologii i know-how. Dzięki temu, jak podkreśliła PGZ, program realizuje obecne cele dotyczące udziału krajowego przemysłu poprzez zaangażowanie spółek konsorcjum PGZ-Narew, wśród których są producent radarów PIT-RADWAR, Huta Stalowa Wola, Jelcz i MESKO.
– Narew to nie tylko pozyskanie nowoczesnego sprzętu wojskowego – podkreśliła PGZ. – To również rozwój polskich kompetencji, infrastruktury i zdolności produkcyjnych, które pozostaną w Polsce i będą wzmacniać bezpieczeństwo kraju przez kolejne dziesięciolecia.
7 września MBDA otworzyła swój pierwszy zakład przemysłowy w Polsce – centrum serwisowo-technologiczne w Czosnowie pod Warszawą, zajmujące się naprawą wyrzutni. Price powiedział, że zatrudnienie „może dość szybko przekroczyć 100 osób”.
Polska przygotowuje się do produkcji pocisków CAMM-ER na licencji MBDA. W przypadku CAMM-MR, wersji średniego zasięgu, polscy inżynierowie mieliby uczestniczyć również w projektowaniu. – To oznacza wejście w rzeczywiste prace projektowe i rozwojowe – powiedział Price. – To autentyczne prace rozwojowe prowadzone tutaj, w Polsce. Współpraca przy CAMM-MR wpisuje się w rozwijane przez Polskę i Wielką Brytanię partnerstwo obronne, wzmocnione traktatem z Northolt podpisanym w maju 2026 r.
Tanie drony zmieniły rachunek ekonomiczny obrony powietrznej: pojedynczy pocisk przechwytujący może kosztować znacznie więcej niż dron, który niszczy. MBDA i Wojskowy Instytut Techniczny Uzbrojenia (WITU) opracowują niedrogi naddźwiękowy pocisk przechwytujący do zwalczania rojów dronów. Ma on wykorzystywać nową, tanią głowicę naprowadzającą MBDA, a pierwsze strzelania próbne zaplanowano na 2027 r.
Kongsberg przejął amerykańską firmę Zone 5, producenta pocisków projektowanych z myślą o taniej produkcji na dużą skalę. – Z pewnością będzie to pocisk do zwalczania dronów, którego koszt będzie porównywalny z kosztem zwalczanego celu – powiedział Lie.
Obie firmy współpracują także z Ukrainą. Kongsberg otworzył w 2025 r. biuro w Kijowie i dzięki finansowaniu norweskiego rządu opracowuje wraz z ukraińskimi partnerami niedrogie pociski do systemu NASAMS oraz bezzałogowe łodzie. – Jesteśmy jako firma obecni na miejscu, w Ukrainie – powiedział Lie. – Wiele uczymy się od żołnierzy obsługujących nasze systemy. W czerwcu 2026 r. MBDA porozumiała się z ukraińskim biurem konstrukcyjnym Łucz w sprawie opracowania pocisku manewrującego Neptun-2.
O te same zamówienia zabiegają także inni europejscy dostawcy. Według komunikatu Diehla z czerwca 2026 r. system IRIS-T SLM zamówiło osiem państw uczestniczących w inicjatywie European Sky Shield Initiative, czyli ESSI. Rheinmetall oferuje artyleryjskie systemy do zwalczania dronów Skyranger i Skynex, a w grudniu 2025 r. Polska kupiła od tureckiego Aselsana system do zakłócania działania dronów.
Zapytany, czy Polska może sprzedawać wyprodukowane w kraju pociski CAMM państwom trzecim, Price odpowiedział, że kwestie licencyjne leżą w gestii PGZ i rządu. – Nie mówię „nie” – dodał.
Price powiedział, że partnerstwo może także służyć rynkom poza Polską. – Silna europejska baza z udziałem Polski oznacza, że rozwijając tutaj te zdolności w ramach partnerstwa, możemy wspólnie eksportować na rynki całego świata, jeśli pojawi się odpowiednia okazja – powiedział.
Artykuł Polska inwestuje w obronę powietrzną – nie tylko w pociski, ale także w fabryki pochodzi z serwisu GF24.pl.
]]>Artykuł Firmowy plan na niezapłacone faktury pochodzi z serwisu GF24.pl.
]]>Jakub Kostecki
wiceprezes zarządu Kaczmarski Inkasso
Chodzi o należności od klientów indywidualnych i biznesowych: abonamenty, raty kredytów, pożyczek i leasingu oraz płatności za towary i usługi.
Liczą się sprawy, nie etaty
Mała firma może wystawiać wiele faktur lub faktury na wysokie kwoty. O potrzebie zewnętrznego wsparcia przesądzają liczba i wartość należności oraz powtarzalność spraw.
Kaczmarski Inkasso odzyskuje pieniądze dla banków, telekomów, firm pożyczkowych i leasingowych, ubezpieczycieli oraz MŚP z różnych branż. Z każdym partnerem ustala indywidualny plan: jak szybko reagować na zaległości, jak rozmawiać z dłużnikami, kiedy proponować raty lub ugodę, a kiedy włączyć prawników. Klient ma wpływ na decyzje i korzysta z ponad 30-letniego doświadczenia specjalistów.
Firma zleca odzyskanie należności, pozostając wierzycielem. Może skorzystać z monitoringu płatności, windykacji polubownej i pomocy Kancelarii Prawnej VIA LEX. Strony ustalają podział obowiązków.
Zanim zadzwoni negocjator
Plan uwzględnia kwotę zadłużenia, długość opóźnienia, wcześniejsze wpłaty i przebieg rozmów. Strony ustalają, kiedy kolejne sprawy trafią do obsługi i jak szybko Kaczmarski Inkasso dowie się o wpłacie na konto wierzyciela. To ogranicza ryzyko kolejnego wezwania po spłacie. Klient wie, kto zatwierdza ugody, wyjaśnia reklamacje i odpowiada za współpracę.
Monitoring przypomina o terminach płatności. Negocjatorzy korzystają z telefonu, SMS-ów, e-maili i korespondencji, a czasem z działań terenowych. Ustalają, czy dłużnik ma trudności, czy odwleka zapłatę. Raty dopasowują do budżetu konsumenta lub sytuacji finansowej firmy.
Jeśli klient kwestionuje wykonanie usługi, negocjatorzy najpierw poznają jego zastrzeżenia i je wyjaśniają. Wysyłanie kolejnych wezwań bez sprawdzenia reklamacji może tylko przedłużyć spór.
Firmy chcą też utrzymać sprzedaż. Z badania „Czy dłużnik to jeszcze klient”, przeprowadzonego na zlecenie Kaczmarski Inkasso wśród MŚP, wynika, że 74 proc. nadal sprzedawało z odroczonym terminem części odbiorców, którzy wcześniej płacili po terminie. U 85 proc. firm kontynuujących takie relacje zaległości wróciły.
Dlatego po uzgodnieniu rat negocjatorzy sprawdzają wpłaty i reagują, gdy dłużnik nie dotrzymuje ustaleń.
Ile pieniędzy wróciło
Wskazany menedżer nadzoruje obsługę i raportuje wyniki: odzyskane kwoty, czas do wpłaty, dotrzymywanie ugód i koszty. Porównuje wyniki podobnych grup spraw, uwzględniając długość opóźnienia. Klient może kontrolować jakość obsługi, ochronę danych i przestrzeganie limitów częstotliwości kontaktu.
Nie każda sprawa kończy się wpłatą. Wtedy wsparcia udziela VIA LEX: sprawdza dokumenty, przygotowuje pozew i reprezentuje wierzyciela w sądzie. Po uzyskaniu tytułu wykonawczego może, w uzgodnieniu z klientem, skierować sprawę do komornika i monitorować egzekucję. Także wtedy możliwe są dalsze negocjacje z dłużnikiem.
Artykuł Firmowy plan na niezapłacone faktury pochodzi z serwisu GF24.pl.
]]>Artykuł Lokalne relacje i nowoczesna technologia budują skalę BPS Leasing pochodzi z serwisu GF24.pl.
]]>Jak BPS Leasing znajduje swoje miejsce wśród rozpoznawalnych i działających na dużą skalę firm leasingowych?
Dla nas bardzo istotne jest zaplecze Grupy BPS. Połączenie szerokiej oferty finansowania z rozwojem sprzedaży cyfrowej oraz dostępnością doradców banków z tej grupy daje bardzo dobre efekty.
Jesteśmy spółką zależną Banku BPS, który zrzesza 307 banków spółdzielczych. Ponad 200 z nami współpracuje, oferując leasing w swoich oddziałach i filiach. To sieć przekraczająca tysiąc placówek, a wciąż pracujemy nad poszerzeniem tej listy. Opierając się na współpracy z bankami spółdzielczymi, korzystamy z potencjału instytucji już obecnych w lokalnym biznesie, nie musimy budować infrastruktury sprzedaży od podstaw.
Jak wykorzystać lokalne relacje banków spółdzielczych w budowaniu ogólnopolskiej firmy leasingowej?
Doradcy w bankach spółdzielczych, szczególnie tych w małych miejscowościach i na terenach wiejskich, znają lokalną przedsiębiorczość i często od lat towarzyszą firmom w rozwoju. Będąc blisko tych firm, mają dobry punkt wyjścia do rozmowy o kolejnych inwestycjach i sposobach ich finansowania.
Dzięki relacjom banków spółdzielczych przedsiębiorca ma doradców blisko miejsca, w którym prowadzi działalność.
Dostępność ma wymiar społeczny: profesjonalne wsparcie w finansowaniu inwestycji powinno być dostępne niezależnie od wielkości miejscowości. Dla nas oznacza to możliwość budowania długotrwałych relacji z firmami, które rozwijają lokalną gospodarkę.
Da się pogodzić takie podejście z presją na cyfryzację i efektywność?
Technologia ma usprawniać obsługę oraz pracę zespołu, ale nie wyklucza bezpośrednich kontaktów. Nawet przedsiębiorca, który świetnie korzysta z aplikacji, przed podjęciem wieloletniego zobowiązania chce jednak porozmawiać osobiście z ekspertem. Są też klienci, którzy z narzędzi cyfrowych korzystają w ograniczonym zakresie. Uwzględniamy potrzeby obu tych grup.
Doradca powinien być dostępny osobiście i telefonicznie, a cyfrowy obieg dokumentów ogranicza czas poświęcany na czynności organizacyjne. W takim modelu technologia pozwala na lepsze wykorzystanie czasu i wiedzy naszych specjalistów.
W jaki sposób sprzedaż cyfrowa zmienia model działalności spółki?
Poszerza rynek, do którego możemy dotrzeć. Pozyskujemy klientów między innymi przez Meta Ads i Google Ads. Wkrótce rozpoczniemy testy ChatGPT Ads. Chcemy być obecni tam, gdzie przedsiębiorca zaczyna szukać finansowania, także wtedy, gdy wcześniej nie miał kontaktu z Grupą BPS.
Oferujemy również obsługę całkowicie online, z elektronicznym podpisaniem umowy na platformie Autenti. Cyfryzacja obejmuje również obsługę po zawarciu umowy, między innymi przez Portal Klienta.
Rozwijamy więc model hybrydowy, łączący różne kanały dotarcia i obsługi. Wyzwaniem zarządczym jest ich spójność: klient pozyskany przez internet powinien mieć taki sam dostęp do wiedzy i wsparcia ekspertów jak przedsiębiorca skierowany przez bank.
Czy przynależność do Grupy BPS zawęża krąg klientów, o których chcecie konkurować?
Oferta BPS Leasing jest otwarta na przedsiębiorców z całego rynku, także na firmy obsługiwane przez banki komercyjne. Jesteśmy uniwersalną firmą leasingową. Finansujemy samochody osobowe i dostawcze, transport ciężki, maszyny i urządzenia dla produkcji, budownictwa i rolnictwa, sprzęt medyczny oraz instalacje fotowoltaiczne. Oferujemy leasing operacyjny i finansowy oraz pożyczkę leasingową. Tak szeroki portfel pozwala towarzyszyć firmie przy kolejnych inwestycjach, gdy rośnie i zmieniają się jej potrzeby.
Jaką rolę w tej strategii odgrywa finansowanie nieruchomości komercyjnych?
To jedna z naszych ważnych specjalizacji i obszar, w którym szczególnie liczy się indywidualne podejście. Finansujemy nieruchomości i lokale komercyjne, w tym w formule leasingu zwrotnego. Pozwala on uwolnić część kapitału ulokowanego w obiekcie, przy zachowaniu możliwości dalszego korzystania z niego. Przeprowadzenie leasingu zwrotnego wymaga od nas łączenia wiedzy o nieruchomości z oceną sytuacji całej firmy. Ta specjalizacja pokazuje, że nasze kompetencje obejmują również bardziej złożone transakcje, wymagające rozmowy z właścicielem czy zarządem o ich planach.
Jak utrzymać indywidualne podejście, gdy skala działalności rośnie?
Trzeba upraszczać powtarzalne czynności i pozostawiać ekspertom przestrzeń na ocenę konkretnej sytuacji biznesowej. Rolą zarządu jest zadbać, by kompetencje zespołu i jakość obsługi nadążały za skalą działalności.
Sama rozbudowa sieci nie gwarantuje trwałego wyniku. Ważne jest, ile banków rzeczywiście angażuje się w sprzedaż, jak ta współpraca przekłada się na sfinansowane inwestycje i czy klienci do nas wracają. Ten wzrost musi iść w parze z odpowiedzialną oceną ryzyka.
Chcemy, aby przedsiębiorca brał BPS Leasing pod uwagę przy kolejnej inwestycji, niezależnie od banku, w którym prowadzi rachunek. Powinien wiedzieć, że znajdzie u nas szeroką ofertę i eksperta, z którym może porozmawiać osobiście, telefonicznie lub online.

materiał partnera
Artykuł Lokalne relacje i nowoczesna technologia budują skalę BPS Leasing pochodzi z serwisu GF24.pl.
]]>Artykuł Bezskuteczna egzekucja to nie koniec walki o pieniądze pochodzi z serwisu GF24.pl.
]]>Według danych wskazywanych przez Krajową Radę Komorniczą około trzy czwarte postępowań egzekucyjnych w Polsce kończy się bezskutecznie. Oznacza to, że wielu wierzycieli nie odzyskuje pieniędzy, choć wcześniej poniosło koszty związane z dochodzeniem zapłaty. Część z nich rezygnuje wtedy z dalszych działań. Tymczasem prawo daje im jeszcze inne możliwości.
Kiedy za długi spółki odpowiada zarząd
W przypadku spółek z ograniczoną odpowiedzialnością wierzyciel może domagać się zapłaty również od osób, które nimi zarządzały. Pozwala na to art. 299 §1 Kodeksu spółek handlowych. Jeśli komornik nie zdoła odzyskać pieniędzy z majątku spółki, za jej długi mogą odpowiadać obecni lub byli członkowie zarządu. Nie dzieje się to jednak automatycznie. Muszą zostać spełnione warunki określone w przepisach.
– Nawet jeśli można dochodzić zapłaty od członka zarządu, nie ma pewności, że uda się odzyskać pieniądze. Dlatego przed skierowaniem sprawy do sądu warto ustalić, kto odpowiada za zadłużenie i czy ma z czego je spłacić. W przeciwnym razie wierzyciel może ponieść kolejne koszty, a pieniędzy nadal nie odzyskać – mówi Marcin Belka, adwokat, zastępca dyrektora ds. postępowań egzekucyjnych w Kancelarii Prawnej VIA LEX.
Analiza danych pomaga podjąć decyzję
Aby ocenić, czy dalsze dochodzenie zapłaty ma sens, trzeba zebrać informacje zarówno o zadłużonej spółce, jak i o osobach, które nią zarządzały. Kancelaria Prawna VIA LEX wykorzystuje do tego dane z różnych rejestrów i baz. Sprawdza m.in. sytuację finansową spółki, jej długi, zmiany w zarządzie oraz to, czy jego członkowie prowadzą obecnie inne firmy. Może też ustalić, jaki mają majątek, np. czy posiadają nieruchomości. To ważne, ponieważ pozwala sprawdzić, czy dana osoba jest w stanie spłacić zadłużenie.
– Samo ustalenie, że członek zarządu odpowiada za dług spółki, nie oznacza jeszcze, że uda się odzyskać pieniądze. Dlatego zanim skierujemy sprawę do sądu, sprawdzamy, czy dana osoba ma majątek, z którego można spłacić należność. Dzięki temu klient wie, czy warto ponosić koszty kolejnego procesu, czy lepiej zrezygnować z dalszych kroków – wyjaśnia Marcin Belka.
Aby ustalić, czy dalsze działania mają sens, VIA LEX wykorzystuje profesjonalną predykcję opartą na wielowątkowej analizie danych. Główną wartością dla klienta jest ich połączenie i interpretacja – przede wszystkim powiązania między podmiotami i osobami. Pozwala to na zarządzanie procesami masowymi, ale także racjonalne gospodarowanie budżetami firm z sektora MŚP.
Na podstawie zebranych informacji kancelaria ocenia, czy warto skierować sprawę do sądu. Jeśli są szanse na odzyskanie pieniędzy, ustala adres członka zarządu, przygotowuje pozew i prowadzi postępowanie. Wierzyciel może domagać się nie tylko spłaty długu, ale także odsetek i określonych kosztów wcześniejszych postępowań.
W niektórych przypadkach kancelaria sprawdza również, czy przy zaciąganiu zobowiązania nie doszło do przestępstwa. Może tak być np. wtedy, gdy ktoś od początku nie zamierzał zapłacić za zamówione towary lub usługi. Jeśli istnieją ku temu podstawy, możliwe jest także podjęcie działań na drodze karnej.
Bezskuteczna egzekucja komornicza nie musi więc kończyć starań o odzyskanie pieniędzy. Warto wcześniej sprawdzić, czy za dług mogą odpowiadać członkowie zarządu i czy mają z czego go spłacić. Pozwala to uniknąć wydatków na kolejne postępowanie, które nie przyniesie oczekiwanych rezultatów.
materiał partnera
Artykuł Bezskuteczna egzekucja to nie koniec walki o pieniądze pochodzi z serwisu GF24.pl.
]]>Artykuł Faktoring pełny. Płynność finansowa i ochrona należności pochodzi z serwisu GF24.pl.
]]>Co sprawia, że przedsiębiorcy wybierają faktoring pełny?
Sprzedaż z odroczonym terminem płatności oznacza oczekiwanie na pieniądze, podczas gdy własne zobowiązania trzeba regulować na bieżąco. Dochodzi do tego ryzyko niewypłacalności odbiorcy. Faktoring pełny łączy finansowanie należności z przejęciem tego ryzyka w zakresie określonym w umowie. Firma zyskuje środki na działalność i większe bezpieczeństwo prowadzonej działalności w zakresie rozliczeń z kontrahentami.
Jak usługa wspiera codzienną pracę firmy?
Obejmuje obsługę rozliczeń, monitorowanie płatności i administrowanie wierzytelnościami, a także wsparcie w windykacji. Wraz ze wzrostem sprzedaży przybywa faktur oraz kontrahentów, a ich obsługa wymaga czasu. Przejmując część tych zadań, odciążamy zespół klienta. Finansowanie pomaga natomiast zwiększyć płynność finansową przedsiębiorstwa.
Czy ochrona obejmuje całą wartość faktury?
Standardowo przejmujemy ryzyko niewypłacalności odbiorcy do 95% wartości wierzytelności, ale poziom ten może sięgać nawet 100%. Szczegółowy zakres ochrony określa umowa. Przed rozpoczęciem współpracy omawiamy z klientem warunki usługi i limity, aby wiedział, w jakim zakresie jego należności są zabezpieczone.
A jeśli firma nie ma własnej polisy i wcześniej nie ubezpieczała należności?
Może skorzystać z faktoringu pełnego opartego na naszej polisie. Współpracujemy z czterema ubezpieczycielami, trzema w Polsce i jednym za granicą. Zapewniamy szerokie wsparcie przy obejmowaniu należności ochroną oraz w trakcie korzystania z usługi. To istotna wartość naszej oferty. Przedsiębiorca może połączyć finansowanie z ochroną należności i pomocą naszego zespołu, także wtedy, gdy wcześniej nie korzystał z ubezpieczenia.
Co proponują Państwo przedsiębiorstwom, które mają już własną polisę?
Możemy wykorzystać posiadane ubezpieczenie i połączyć je z finansowaniem faktoringowym. Akceptujemy polisy wszystkich podmiotów działających w segmencie ubezpieczeń należności na rynku krajowym. Klient może więc zachować współpracę ze swoim ubezpieczycielem. Obie możliwości pozwalają dopasować rozwiązanie do sytuacji przedsiębiorstwa.
Jak szybko można uzyskać decyzję o limicie na odbiorcę?
Dla limitu do 200 tys. zł decyzja jest dostępna nawet w ciągu 1 godziny. Przy wyższych kwotach zajmuje od jednego do pięciu dni. Mówimy tu o limicie dla konkretnego odbiorcy, a nie o czasie uruchomienia całej współpracy, który w standardowych przypadkach zajmuje około 3 dni roboczych, od momentu złożenia wniosku. Sprawna ocena ma znaczenie zwłaszcza przy pozyskiwaniu nowych kontrahentów, wejścia na nowe, nieznane dotąd dla przedsiębiorstwa rynki i zwiększaniu sprzedaży.
Od czego warto zacząć rozmowę o faktoringu pełnym?
Od terminów płatności, struktury odbiorców i planowanej skali sprzedaży. Warto również powiedzieć, czy firma ubezpiecza już należności. Na tej podstawie możemy omówić finansowanie oraz ochronę na naszej lub własnej polisie klienta. Z usługi mogą skorzystać zarówno małe i średnie przedsiębiorstwa, jak i korporacje prowadzące powtarzalną sprzedaż w kraju i za granicą.
materiał partnera
Artykuł Faktoring pełny. Płynność finansowa i ochrona należności pochodzi z serwisu GF24.pl.
]]>