Zarząd Tauron Ekoenergia wydał oświadczenie w sprawie sytuacji na Jeziorze Pilchowickim i rzece Bóbr, gdzie w ostatnich dniach doszło do masowego śnięcia ryb. Spółka deklaruje przeznaczenie dodatkowych środków na odbudowę ekosystemu. Jednocześnie broni sposobu prowadzenia remontu ponadstuletniej zapory.
Jezioro Pilchowickie, powstałe na rzece Bóbr na Dolnym Śląsku, jest od lutego 2026 roku stopniowo opróżniane w związku z generalnym remontem zabytkowej zapory. Obniżanie poziomu wody rozpoczęło się 12 lutego 2026 roku. Wcześniej planowano przeprowadzenie odłowów ryb. Był to pierwszy taki zabieg od 1977 roku. Inwestycja, wyceniana na 93 mln zł, ma naprawić uszkodzenia zapory powstałe podczas powodzi we wrześniu 2024 roku.
Pod koniec czerwca proces opróżniania zbiornika zbiegł się z falą upałów, co doprowadziło do dramatycznych skutków. Przedstawiciele Koła PZW Grodzkie Jelenia Góra ocenili, że na Bobrze poniżej Pilchowic doszło do katastrofy ekologicznej. Opisują obraz szkód jako przerażający, a zapach jako trudny do opisania. Przeżyły jedynie małe ryby, którym udało się przedostać przez kraty sztolni obiegowej: leszcze, płotki, jazie, okonie i węgorze.
Według relacji świadków połączenie ekstremalnych upałów i niemal całkowitego opróżnienia zbiornika sprawiło, że rozgrzana woda przypominała pozbawione tlenu błoto. W takim środowisku ryby umierały w męczarniach.
Skala strat pozostaje przedmiotem sporu. Nie wiadomo dokładnie, ile ryb i innych organizmów zginęło — różne media podają szacunki od dziesiątek do setek ton. Jednak są to szacunki dziennikarskie, a nie oficjalne dane służb. Z kolei inne źródła wskazują, że ze zbiornika i rzeki Bóbr odłowiono od 15 do 19 ton śniętych ryb.
Sytuacją zajęły się instytucje odpowiedzialne za gospodarkę wodną. Wody Polskie zwróciły się do Tauron Ekoenergia o szczegółowe wyjaśnienia dotyczące prowadzonych prac oraz zgodności inwestycji z warunkami pozwolenia wodnoprawnego. Do spółki ma trafić oficjalne pismo w ramach czynności kontrolnych. Równolegle w Starostwie Powiatowym we Lwówku Śląskim zebrał się sztab kryzysowy poświęcony sytuacji na jeziorze.
Mieszkańcy i wędkarze od dawna sygnalizowali ryzyko takiego scenariusza. Twierdzą, że od lat ostrzegali przed konsekwencjami i oferowali pomoc przy planowych odłowach ryb. Według nich miało to zostać zignorowane. Ich zdaniem wodę należało spuszczać etapami jesienią, gdy niższa temperatura sprzyja natlenieniu wody i hamuje procesy gnilne.
Dodatkowym problemem okazało się historyczne zanieczyszczenie osadów dennych. Wieloletnia działalność przemysłowa Jeleniej Góry doprowadziła do nagromadzenia w mułach metali ciężkich i innych szkodliwych substancji. W połączeniu z wysoką temperaturą wody przyczyniły się one do gwałtownego spadku poziomu tlenu.
Tauron od początku utrzymuje, że prace prowadzone są zgodnie z procedurami. We wcześniejszym komunikacie spółka wskazywała, że prace przy zaporze prowadzi profesjonalny wykonawca wybrany w procedurze zamówieniowej, z udziałem zewnętrznego koordynatora i zespołu przyrodników. Ponadto nadzorem zajmują się podmioty odpowiedzialne za nadzór środowiskowy, a cały proces przebiega zgodnie z obowiązującymi decyzjami administracyjnymi.
Firma przyznała jednak, że przy końcowym etapie spuszczania wody doszło do kruszenia osadów dennych. Dlatego rzeka poniżej zapory zamieniła się w ciek niosący ogromną ilość zawiesiny.
Spółka podjęła jednak działania łagodzące. W czwartek rozpoczęto budowę specjalnej bariery mającej zatrzymać napływ namułów do rzeki Bóbr, a na miejsce trafiły agregaty i aeratory do napowietrzania wody. Dodatkowe wsparcie przyszło również ze strony administracji — na wniosek Tauron Ekoenergia udostępnionych zostało 10 dodatkowych aeratorów wspierających działania na miejscu.
W najnowszym oświadczeniu zarząd spółki broni zasadności całej inwestycji, podkreślając, że modernizacja zapory to przedsięwzięcie o strategicznym znaczeniu dla bezpieczeństwa przeciwpowodziowego regionu. Jednocześnie deklaruje przygotowanie wieloletniego programu rekultywacji jeziora i rzeki, obejmującego odbudowę siedlisk, bioróżnorodności i zarybianie. To zapowiedź spójna z wcześniejszymi deklaracjami spółki. Tauron Ekoenergia zapowiedziała już wcześniej, że po zakończeniu inwestycji jezioro zostanie zarybione na koszt spółki.
Część ekspertów zwraca uwagę, że problem wykracza poza jednostkowy incydent. Krzysztof Smolnicki, prezes fundacji EkoRozwoju, wskazuje, że każde sztuczne spiętrzenie i regulacja rzeki niosą ze sobą różnego rodzaju zagrożenia. To, co wydarzyło się na Bobrze, jest tego przykładem.
Zwraca też uwagę na szerszy problem barier na polskich rzekach, przez które ciągłość ekosystemów rzecznych zanika. Ryby nie giną tylko w wyniku takich wypadków, lecz w ogóle nie mają szans się pojawić tam, gdzie rzeka jest przegrodzona.
Ponowne napełnianie zbiornika ma się rozpocząć dopiero po zakończeniu prac remontowych — powrót wody do Jeziora Pilchowickiego planowany jest na luty 2028 roku.
BA/S
]]>Infrastruktura energetyczna projektowana w epoce łagodniejszego klimatu ugina się pod ciężarem wielodniowych upałów. Największe ryzyko dopiero przed nami.
Kiedy termometry w Polsce przekraczają 35 stopni Celsjusza — co coraz częściej przestaje być wydarzeniem, a staje się normą — miliony klimatyzatorów włączają się jednocześnie.
Sieć energetyczna musi obsłużyć rekordowy pobór energii dokładnie wtedy, gdy jej własna wydajność spada. To nie błąd w systemie. To problem zaprojektowany kilkadziesiąt lat temu, którego rachunek właśnie trzeba zacząć płacić
Znaczna część polskiej infrastruktury elektroenergetycznej powstała w czasach, gdy fale upałów były zjawiskiem rzadkim i krótkotrwałym. Linie napowietrzne wysokiego napięcia projektowano przy założeniu dopuszczalnej temperatury pracy przewodów na poziomie 40–60 stopni Celsjusza. Tymczasem upalne lato potrafi nagrzać te przewody znacznie powyżej tej granicy. Obecnie współczesne standardy zakładają już odporność rzędu 80 stopni, ale stara infrastruktura pozostaje tam, gdzie była.
Efekt jest dobrze znany fizykom, rzadziej rozumiany przez opinię publiczną: nagrzane przewody rozszerzają się, zwisają niżej, a ich zdolność do bezpiecznego przesyłu energii maleje. W praktyce oznacza to, że w dniach największego zapotrzebowania operatorzy sieci dysponują mniejszym marginesem bezpieczeństwa. Dzieje się tak częściej niż podczas przeciętnej pogody.
— Energetyka funkcjonuje obecnie w warunkach, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu były uznawane za sporadyczne — mówi Rafał Okoński, dyrektor ds. handlowych w SPIE Energy Poland. — Coraz częściej obserwujemy sytuacje, w których wysokie temperatury utrzymują się przez wiele dni. To wymaga od operatorów nie tylko bieżącego zarządzania siecią, ale również konsekwentnego modernizowania infrastruktury.
Spośród wszystkich elementów sieci szczególnie narażone są transformatory — urządzenia, które podczas pracy same generują znaczne ilości ciepła i muszą je odprowadzać na zewnątrz, między innymi za pośrednictwem oleju transformatorowego. W upalne dni efektywność tego procesu spada. Co więcej, ryzyko przegrzania rośnie wprost proporcjonalnie do długości fali gorąca.
I tu leży sedno zagrożenia. Nie jest nim jeden rekordowy dzień. Jest nim kilka kolejnych nocy, gdy temperatura nie spada poniżej 25 stopni i elementy sieci nie mają czasu na regenerację.
— Największym wyzwaniem dla energetyki nie jest pojedynczy dzień z temperaturą przekraczającą 35°C, ale kilka takich dni z rzędu. W takich warunkach infrastruktura przez długi czas pracuje pod podwyższonym obciążeniem, a margines bezpieczeństwa stopniowo się zmniejsza — ostrzega Okoński.
Powszechna wyobraźnia rysuje apokaliptyczny scenariusz ogólnokrajowej awarii prądu. Eksperci uspokajają — i niepokoją jednocześnie. Całkowity blackout jest mało prawdopodobny. Bardziej realne, i być może bardziej kosztowne ekonomicznie, jest coś innego: seria lokalnych przeciążeń i awarii pojedynczych elementów infrastruktury. Problemy te mogą być rozsiane po całym kraju w najgorętszych dniach roku.
W sytuacjach szczególnie wysokiego obciążenia systemu możliwe jest uruchomienie mechanizmów ograniczających pobór energii przez największych odbiorców przemysłowych. Dla fabryk i zakładów produkcyjnych oznacza to przestoje — wymierne straty liczone w setkach tysięcy złotych za każdą godzinę bezczynności linii.
Do tego dochodzi efekt, który pojawia się, gdy fala upałów odpuszcza: gwałtowne burze i silny wiatr mogą dobić infrastrukturę już osłabioną wielodniową pracą na granicy wydajności.
Branża nie czeka bezczynnie. Operatorzy inwestują w cyfryzację, automatyzację i systemy diagnostyczne, które pozwalają wcześniej wykrywać punkty krytyczne i szybciej reagować na pojawiające się nieprawidłowości. Modernizacja obejmuje sukcesywną wymianę najbardziej obciążonych elementów sieci. Dodatkowo, stare linie napowietrzne zastępują przewody przystosowane do wyższych temperatur pracy.
Problem w tym, że modernizacja infrastruktury energetycznej liczona jest w dekadach i miliardach złotych. Klimat zmienia się szybciej, niż przebiega wymiana kabli.
Zarówno krótko-, jak i długoterminowe prognozy meteorologiczne są jednoznaczne: letnie ekstrema, które jeszcze niedawno zdarzały się raz na kilkanaście lat, stają się regularnym testem systemu. Polska energetyka wchodzi w nową erę. Co więcej, robi to z infrastrukturą zaprojektowaną dla poprzedniej.
BA/S
]]>
Rekordowa fala upałów, która od końca maja paraliżuje zachodnią Europę, coraz wyraźniej przekłada się na gospodarkę: od spadku produktywności i strat w rolnictwie po gwałtowne skoki cen energii. Dla ekonomistów pojawia się nowy, strukturalny wymiar presji cenowej. Jest to „inflacja klimatyczna”, której nie da się już traktować jako sezonowej anomalii.
Europa mierzy się z rekordową falą upałów, która coraz wyraźniej odsłania jej koszt ekonomiczny. Dotyczy to strat w produkcji i rolnictwie oraz nowego, trwałego komponentu presji cenowej. Część ekonomistów określa go już jako „inflacja klimatyczna”.
Ubezpieczyciele i banki centralne szacują, że powtarzające się lata ekstremalnych upałów mogą w ciągu najbliższych kilku lat obniżyć PKB najbardziej narażonych gospodarek Europy o kilka punktów procentowych. Ponadto, kumulują się straty liczonych już w setkach miliardów euro.
Badania wskazują, że pojedynczy dzień z temperaturą powyżej 32°C przekłada się na spadek aktywności gospodarczej porównywalny z połową dnia strajku. To dobrze oddaje skalę zakłóceń w produkcji, usługach i logistyce.
Wrażliwość jest szczególnie widoczna w sektorach pracochłonnych i uzależnionych od pracy na zewnątrz – od budownictwa po rolnictwo. Tam rosną koszty przerw technologicznych i środków ochrony pracowników. W rolnictwie ekstremalne temperatury łączą się z suszą. Efekt jest taki, że obniżają plony i zwiększają ryzyko nagłych skoków cen żywności. To szybko przekłada się na indeksy inflacji konsumenckiej.
System elektroenergetyczny Europy trafia pod rosnącą presję, gdy zapotrzebowanie na chłodzenie gwałtownie rośnie. Jednocześnie podaż energii jest ograniczana przez wysokie temperatury, niskie stany rzek i przestoje instalacji. Skutkuje to silnymi wahaniami cen energii. Następnie te wahania przenikają do kosztów produkcji przemysłowej, transportu i usług. W ten sposób rozszerzają impuls cenowy na całą gospodarkę.
Ekonomiści wskazują, że kombinacja drożejącej energii, zakłóconej produkcji rolnej i spadającej produktywności pracy tworzy trwały, strukturalny komponent inflacji – „inflację klimatyczną”. Tego rodzaju inflację trudno wygasić tradycyjnymi narzędziami polityki pieniężnej.
Banki centralne zwracają uwagę, że fale upałów obniżają aktywność gospodarki o około 1 proc. w krótkim terminie. Efekt narasta w kolejnych latach poprzez niższe inwestycje, uszkodzenia infrastruktury i zmniejszoną zdolność sektora rolnego do odbudowy.
Szybkie analizy atrybucyjne pokazują, że obecna fala upałów byłaby „praktycznie niemożliwa” bez ocieplenia klimatu. Ponadto, wzmacnia to przekaz, że koszty gospodarcze nie są jednorazowym szokiem, lecz elementem nowej normy klimatycznej.
Prawdopodobieństwo takich zdarzeń jest dziś dziesiątki, a nawet setki razy większe niż jeszcze kilkanaście lat temu. W efekcie, implikuje to częstsze występowanie szoków podażowych i cenowych.
Na rynkach finansowych rośnie przekonanie, że kryzysy pogodowe przyspieszą polityczną wolę do inwestycji w dekarbonizację, efektywność energetyczną i adaptację infrastruktury. Jednak w krótkim okresie mogą one same podbić koszty i inflację.
Stratedzy banków inwestycyjnych zwracają uwagę, że reakcja fiskalna – od subsydiów po regulacje – zaczyna stawać się równie ważnym elementem analizy ryzyka jak decyzje banków centralnych.
Coraz więcej analiz wskazuje, że wpływ ekstremalnych temperatur na gospodarkę ma charakter strukturalny, a nie sezonowy. Skutki rozlewają się na kolejne lata poprzez niższą produktywność, ograniczone inwestycje oraz presję na finanse publiczne.
Regulacje BHP, które wymuszają przerwy w pracy czy dodatkowe środki ochrony przy określonych progach temperatury, de facto wbudowują w system gospodarczy „klimatyczny hamulec” dla części aktywności.
Politycy i bankierzy centralni przyznają, że tradycyjne modele makroekonomiczne, oparte na przewidywalnych cyklach koniunktury i inflacji, mają coraz większy problem z uchwyceniem kumulatywnych, nieliniowych efektów kryzysu klimatycznego. W praktyce oznacza to konieczność włączania scenariuszy pogodowych i ryzyka klimatycznego do głównego nurtu polityk gospodarczych. W rezultacie nie można ich traktować jako marginesowej analizy ryzyka.
BA/S
]]>Chemia do sprzątania drożeje najszybciej. Kawa, wódka i piwo też idą w górę. Eksperci nie mają dobrych wiadomości: winne są koszty energii, surowców i transportu, a one prędko nie potanieją.
Polacy przy kasie w sklepie coraz głębiej sięgają do kieszeni — i to nie za mięso czy chleb, ale za płyn do mycia naczyń i proszek do prania. Nowy raport ekspertów właśnie ujawnił, co w maju drożało najbardziej — i wyniki są zaskakujące.
Ceny środków czystości wystrzeliły w górę o 9,1 proc. rok do roku — to absolutny lider podwyżek spośród 17 badanych kategorii.
Eksperci z Uniwersytetu WSB Merito tłumaczą to wprost: producenci nadal odczuwają skutki wcześniejszych wzrostów cen prądu, surowców chemicznych i transportu, a konkurencja między sieciami — choć duża — nie wystarczy, żeby te koszty zatrzymać.
Innymi słowy: płacisz więcej za Domestos i Vizir, bo fabryki płacą więcej za wszystko, czego potrzebują, żeby je zrobić.
Na podium znalazły się też używki — herbata, kawa, piwo i wódka podrożały o 8,6 proc. rdr. Kawa bije po kieszeni przez suszę i kaprysy pogody w Brazylii i Wietnamie, które zadecydowały o rekordowych cenach na giełdach towarowych.
Alkohole z kolei ciągną w górę rosnące koszty produkcji — w tym płace pracowników — które browary i gorzelnie spokojnie przerzucają na nas.
Za kawę i alkohol w kasie zostawisz teraz niemal 9 proc. więcej niż rok temu.
Czekolada, żelki i lody poszły w górę o 5,8 proc. — producenci tłumaczą to kosztami surowców i sławetnym „opóźnionym przenoszeniem kosztów”, co w praktyce oznacza: ceny rosły nam wolno, teraz i tak to na was przerzucimy.
Napoje są droższe o 4,9 proc., a ryby o 4,5 proc. Tu przynajmniej konkurencja między sklepami trochę hamuje podwyżki — inaczej byłoby jeszcze gorzej.
Żeby było jasne — na plusie jest zdecydowana większość tego, co kupujesz. Karmy dla zwierząt — plus 4,1 proc. Pieczywo — plus 3,5 proc. Owoce — plus 3,1 proc. Warzywa — plus 2,7 proc. Mięso i wędliny — plus 2,6 proc.
Nawet artykuły dla dzieci podrożały — o 0,3 proc.
Na koniec niespodzianka — jest coś, za co płacisz mniej! Produkty tłuszczowe (masło, margaryna, olej) potaniały o 11,3 proc. rdr., a samo masło runęło w dół o ponad 30 proc. Rok temu masło było jednym z symboli drożyzny — dziś sklepy używają go jako przynęty, żebyś w ogóle przyszedł na zakupy.
Eksperci wyjaśniają to po ludzku: w Polsce i całej Unii Europejskiej jest teraz więcej mleka niż rok temu, a skoki z 2025 roku były tak spektakularne, że nawet dzisiejsze ceny wyglądają przy nich jak okazja.
Nieznacznie potaniały też nabiał (minus 0,6 proc.) i produkty sypkie jak cukier i mąka (minus 0,1 proc.).
Dane pochodzą z raportu „Indeks cen w sklepach detalicznych” UCE Research i Uniwersytetu WSB Merito. Przebadano ponad 100 produktów codziennego użytku w blisko 41 tys. sklepów należących do 62 sieci handlowych w Polsce.
]]>Chińskie embargo, afrykański pomór świń i duńska reforma rolna — trzy odległe z pozoru wydarzenia uruchamiają efekt domina. Ten efekt uderza prosto w polskie chlewnie i ubojnie.
Cena świni rzeźnej w Niemczech spadła do 1,50 EUR za kilogram masy poubojowej. Każda wyprodukowana sztuka przynosi hodowcy stratę rzędu 50 EUR. Niemcy mówią, że to najgorszy kryzys od czasów pandemii. Polska patrzy na to z niepokojem — i ma powody. To, co dzieje się za Odrą, bardzo szybko dotrze nad Wisłę.
Mechanizm jest prosty i bezlitosny.
Wszystko zaczęło się od Chin. Gdy Pekin nałożył cła na europejską wieprzowinę, hiszpański eksport na rynki azjatyckie legł w gruzach. Potem przyszedł afrykański pomór świń — i historia powtórzyła się po raz drugi. Za każdym razem ogromne nadwyżki, które miały płynąć do Azji, zostawały w Europie. I za każdym razem ceny leciały w dół.
Liczby mówią same za siebie. W pierwszym kwartale 2026 roku eksport hiszpańskiej wieprzowiny do krajów trzecich spadł o 15,7 proc. rok do roku — do ok. 318 tys. ton. Jednocześnie sprzedaż do innych państw UE wzrosła o ponad 20 proc., osiągając 417 tys. ton. Hiszpanie nie szukają nowych rynków. I już je znaleźli — i są to rynki: niemiecki, polski i francuski.
Dla Niemiec, które 80 proc. swojego eksportu wieprzowiny kierują właśnie do krajów UE, oznacza to bezpośrednią, brutalną presję cenową. Dla Polski — to samo, tylko z opóźnieniem. Polska branża jest bowiem bezpośrednio powiązana z niemiecką giełdą VEZG, która służy jako cena referencyjna dla krajowych transakcji. Gdy VEZG spada, Polska spada razem z nią.
Jakby tego było mało, na horyzoncie pojawia się kolejne zagrożenie — tym razem z północy. Dania, jeden z największych światowych eksporterów prosiąt, zapowiada reformę swojego rolnictwa. Nowe regulacje środowiskowe, planowany podatek od emisji gazów cieplarnianych i dążenie do większej samowystarczalności sprawiają, że Kopenhaga chce zatrzymać u siebie to, co dotychczas wysyłała za granicę. Co więcej, zamiast eksportować prosięta, Dania woli eksportować gotowe produkty mięsne o wyższej wartości dodanej.
Brzmi rozsądnie — dla Danii. Dla Polski oznacza katastrofę.
— Ograniczenie eksportu prosiąt z Danii mogłoby doprowadzić do niedoboru materiału do tuczu w wielu gospodarstwach. Szczególnie dotknęłoby to regiony, które od lat opierają produkcję na imporcie zwierząt — ostrzega Wiesław Różański, prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego. — Mniejsza liczba tuczników oznaczałaby mniejszą podaż surowca dla zakładów mięsnych, ubojni i przedsiębiorstw przetwórczych. W rezultacie sieci handlowe zaczęłyby po prostu sprowadzać gotowe produkty z zagranicy.
Scenariusz, który rysuje się przed polską branżą, jest ponury. Z jednej strony Hiszpania zalewa rynek tanim mięsem i odbiera kontrakty polskim zakładom przetwórczym. Z drugiej Dania odcina dopływ prosiąt, bez których polska produkcja nie może funkcjonować na dotychczasową skalę. W środku — hodowcy i przetwórcy, którzy od lat działają na niskich marżach i nie mają poduszki finansowej na kolejny kryzys.
Największym beneficjentem całej tej układanki może okazać się właśnie Hiszpania. Dysponuje rozbudowanym sektorem przetwórstwa. Może oferować zarówno surowiec, jak i gotowe produkty. A europejski rynek jest dla niej coraz bardziej atrakcyjny — stabilniejszy i mniej ryzykowny niż odległe rynki azjatyckie.
W praktyce może dojść do sytuacji, w której część rynku obsługiwanego dziś przez polskie i niemieckie zakłady zostanie po prostu przejęta przez producentów z Półwyspu Iberyjskiego.
UPEMI nie owija w bawełnę: to nie jest sygnał alarmowy. To ostatni dzwonek.
Organizacja domaga się natychmiastowych działań — uchwalenia ustawy o ochronie funkcji produkcyjnych wsi, rewizji zapisów planów ogólnych blokujących inwestycje na terenach wiejskich i pilnego przeglądu całego otoczenia legislacyjnego branży rolno-spożywczej. Równolegle trwające prace nad nowym modelem Wspólnej Polityki Rolnej powinny — zdaniem UPEMI — kierować środki tam. Chodzi o te miejsca w kraju, które mają szansę przetrwać w warunkach ostrej europejskiej konkurencji.
Alternatywa jest konkretna i niewesoła: przyszłe decyzje ekonomiczne podejmowane w Madrycie, Kopenhadze i Berlinie będą w coraz większym stopniu decydować o tym. To one zdecydują, czy polska wieprzowinа w ogóle przetrwa na własnym rynku.
BA/S
]]>Globalny rynek ropy znalazł się w punkcie krytycznym. Po zablokowaniu cieśniny Ormuz podaż gwałtownie się załamała, zapasy topnieją w rekordowym tempie, a gospodarki zaczynają ograniczać zużycie paliw. Goldman Sachs ostrzega: to może być najpoważniejszy szok energetyczny od dekad.
Zamknięcie cieśniny Ormuz — przez którą przepływa ok. 20 proc. światowej ropy i LNG — sparaliżowało globalne dostawy. Ruch tankowców praktycznie zamarł, a rynek został odcięty od kluczowego źródła surowca.
Goldman Sachs szacuje, że straty produkcyjne w regionie Zatoki Perskiej sięgają nawet 14 mln baryłek dziennie. Globalne zapasy kurczą się w tempie 11–12 mln baryłek dziennie — to skala bez precedensu w historii rynku.
Wysokie ceny i fizyczne niedobory wymuszają ograniczenie konsumpcji. Bank prognozuje, że już w II kwartale 2026 r. globalny popyt spadnie o 1,7 mln baryłek dziennie.
To klasyczny mechanizm „demand destruction” — rynek nie równoważy się wzrostem podaży, lecz spadkiem zapotrzebowania, wywołanym presją cenową i niedoborami.
W scenariuszu bazowym, zakładającym odblokowanie szlaku do końca czerwca, ceny Brent mają sięgnąć ok. 90 dol. za baryłkę w IV kwartale. Jeśli jednak zakłócenia się utrzymają i z rynku wypadnie ok. 2 mln baryłek dziennie, ceny mogą wzrosnąć do 115–120 dol.
To już poziomy, które zaczynają realnie dławić wzrost gospodarczy.
Sytuację jako krytyczną oceniają także MFW, Bank Światowy i Międzynarodowa Agencja Energetyczna. Wspólne ostrzeżenie wskazuje na rosnące ryzyko dla bezpieczeństwa energetycznego i stabilności gospodarczej w związku z szybkim spadkiem zapasów przed sezonowym szczytem popytu.
IEA podaje, że łączne ubytki podaży z regionu przekroczyły już 1 mld baryłek, a rynek pozostanie niedoborowy co najmniej do III kwartału — nawet przy szybkim wygaszeniu napięć.
Najsilniejsze uderzenie widać w Azji, najbardziej uzależnionej od dostaw z Zatoki. Europa i USA na razie odczuwają skutki w mniejszym stopniu, ale — jak wskazują analitycy — efekt „niszczenia popytu” dopiero zaczyna się tam materializować.
Szef Chevronu Mike Wirth porównuje skalę obecnego kryzysu do szoków naftowych z lat 70.
Źródłem kryzysu pozostaje konflikt wokół Iranu i utrzymująca się blokada cieśniny Ormuz, mimo formalnego zawieszenia broni. Każde wydłużenie zakłóceń wymusza kolejne rewizje prognoz.
Goldman Sachs już czterokrotnie podnosił swoje oczekiwania dla cen ropy na IV kwartał.
Jedno jest pewne: rynek wszedł w fazę, w której to nie podaż dostosowuje się do cen — lecz popyt jest zmuszany do kapitulacji.
BA/S
]]>W ciągu miesiąca koszyk podstawowych zakupów czteroosobowej rodziny poszedł w górę o prawie 28 zł i ciągle rośnie. Najnowszy „Indeks Miesięcznych Zakupów” pokazuje, że nie ma od niego ucieczki.
W kwietniu 2026 roku wartość miesięcznego koszyka zakupów rodziny 2+2 wyniosła 2070 złotych — wynika z „Indeksu Miesięcznych Zakupów” UCE Research, WSB Merito i portalu PolskieRadio24.pl.
Analiza opiera się na ponad 103 tys. cen detalicznych z ponad 48 tys. sklepów w całej Polsce. W przeliczeniu na każdy dzień miesiąca rodzina wydaje na jedzenie i podstawową higienę dokładnie 69 zł. Rok temu było to 2023 zł. Miesiąc temu — 2042 zł. Kierunek jest jeden
To jest moment, który wymaga zimnej arytmetyki. Dwie pensje minimalne netto — tyle zakłada model badaczy dla typowej czteroosobowej rodziny — dają dziś łącznie 8811 zł miesięcznie. Rok temu było to 8622 zł. Płace więc wzrosły.
Problem w tym, że w marcu podstawowe zakupy pochłaniały 23,18 proc. tego budżetu, a już w kwietniu — 23,49 proc. Innymi słowy: podwyżka płacy minimalnej została w ciągu jednego miesiąca zjedzona przez sklep.
Tu zaczyna się ta część raportu, przy której trudno spokojnie siedzieć. W ciągu zaledwie jednego miesiąca — między marcem a kwietniem 2026 roku — mleczko do czyszczenia podrożało o 87 proc.
Płatki kukurydziane, które lądują w miseczkach polskich dzieci niemal każdego ranka, skoczyły o 50 procent. Śliwki — o 46 proc. W skali rocznej pomidory są droższe o 27 proc, pianka do golenia o 18, a mleczko do czyszczenia o 16. Tak — drugi raz. Bo ono drożeje i w skali miesiąca, i roku.
Badacze dokumentują zjawisko, które stało się codzienną strategią przetrwania milionów polskich rodzin: kupowanie w wielopakach i dużych gramaturach. To właśnie dlatego osobista inflacja modelowej rodziny wynosi 2,3 proc. rocznie, podczas gdy oficjalny wskaźnik GUS mówi o 3,2 proc.
Rodziny wygrywają tę rundę sprytem i planowaniem — ale to jest wygrywanie na punkty w walce, której nie da się wygrać przez nokaut. Każda promocja, każdy wielopak, każde porównanie cen to energia wydana na to, żeby po prostu nie stracić. Nie na to, żeby zyskać.
Obraz nie jest jednolicie czarny — i raport to uczciwie pokazuje. Kapusta potaniała w ciągu roku o 35 proc. Masło jest tańsze o 31 proc. Mleko i pomarańcze też kosztują mniej.
Problem polega na tym, że te spadki są natychmiast konsumowane przez wzrosty gdzie indziej. Rynek działa jak system naczyń połączonych, w którym ciśnienie zawsze znajdzie nowe wyjście. Rodzina, która świętowała tańsze masło, dostaje większy rachunek za pomidory i chemię gospodarczą.
Dlaczego płatki kukurydziane kosztują w ciągu miesiąca połowę więcej? Dr Justyna Rybacka z WSB Merito tłumaczy: wysokie koszty energii i paliw w produkcji, drogi transport, a przede wszystkim — geopolityka, która od lat destabilizuje światowe giełdy zbóż i podnosi ceny surowców.
Ceny w polskich sklepach rodzą się na giełdach towarowych, w rafineriach i w gabinetach, gdzie podpisuje się kontrakty wojskowe. Rodzina przy kasie płaci za wszystko naraz.
BA/S
]]>Co piąte dziecko w najbogatszych krajach świata żyje w ubóstwie. Najnowszy raport UNICEF pokazuje, że wzrost PKB nie dociera do dzieci z najuboższych rodzin. I że przepaść między nimi a rówieśnikami z zamożnych domów pogłębia się właśnie teraz.
UNICEF Innocenti przebadał 44 kraje, w tym Polskę i wszystkie państwa OECD. Wynik jest bezlitosny: dochody 20 proc. najbogatszych gospodarstw są średnio pięciokrotnie wyższe niż dochody 20 proc. najuboższych.
To nie jest statystyczna abstrakcja — to konkretna różnica w tym, co dziecko je, jak śpi, czy idzie do lekarza i czy ktoś w domu ma czas, żeby mu przeczytać książkę przed snem.
Raport dokumentuje coś, o czym rzadko się mówi wprost: dzieci z biedniejszych rodzin w zamożnych krajach częściej pomijają posiłki, jedzą gorzej i — paradoksalnie — częściej mają nadwagę, bo przetworzona żywność jest tańsza niż świeże warzywa.
W krajach o największych nierównościach dzieci są niemal dwukrotnie bardziej narażone na problemy z wagą niż ich zamożniejsi rówieśnicy.
W Unii Europejskiej zdrowie bardzo dobre deklaruje 73 proc. dzieci z bogatych rodzin — i tylko 58 proc. z tych najuboższych.
To chyba najbardziej bolesna część raportu. Edukacja, która miała być wielkim wyrównywaczem szans, nie działa. W krajach o dużym rozwarstwieniu aż 65 proc. dzieci kończy szkołę bez podstawowych umiejętności czytania i liczenia. W krajach bardziej egalitarnych — 40 proc.
Biegłość w matematyce i czytaniu osiąga 83 proc. piętnastolatków z najbogatszych domów. Wśród ich rówieśników z najuboższych rodzin — zaledwie 42 proc. Chodzą do tej samej szkoły. Żyją w innym świecie.
Organizacja nie poprzestaje na diagnozie. Wskazuje cztery kierunki wyjścia: podniesienie płacy minimalnej i reformę świadczeń rodzinnych, inwestycje w infrastrukturę uboższych dzielnic, desegregację szkół — równy dostęp do dobrych nauczycieli i darmowych posiłków — oraz coś, czego politycy robią najmniej chętnie: oddanie głosu samym dzieciom w dyskusji o ich losie.
Raport nie mówi, że to łatwe. Mówi, że decyzja o tym, czy co piąte dziecko urodzi się z gorszym startem, należy do dorosłych.
BA/S
]]>NFOŚiGW dysponujący niemal 20 mld złotych rocznie produkuje 33 domy zamiast 10 tys. Fundusz nie stawia ciepłowni geotermalnych i blokuje 200 tys. wniosków w programie „Czyste Powietrze”. Warsaw Enterprise Institute stawia diagnozę: sytuacja wymknęła się spod kontroli.
Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOŚiGW) zarządza dziś portfelem zbliżającym się do 20 mld złotych rocznie. Kwota robi wrażenie — podobnie jak efekty jego pracy, tyle że z zupełnie innych powodów. Warsaw Enterprise Institute opublikował raport, który bezlitośnie rozlicza tę instytucję z wyników. Obraz jest druzgocący.
Flagowy program rządu „Czyste Powietrze” miał zwalczyć smog w polskich domach. Ale spóźniony jest o co najmniej 4 lata względem terminów wyznaczonych uchwałami antysmogowymi. W kolejce czeka 200 tys. nierozpatrzonych wniosków na łączną kwotę 2,6 mld złotych. Tymczasem fundusz dalej działa bez systemowych zmian.
Równie wymowna jest historia spółki Polskie Domy Drewniane, zasilanej kapitałem z funduszu. Misja była prosta: szybko postawić 10 tys. energooszczędnych domów. Do 2023 roku powstały 33 lokale — i żaden z nich nie spełniał wymagań energetycznych. Rozbieżność między deklaracją a realizacją jest liczona nie w procentach, lecz w rzędach wielkości.
Fundusz zignorował również ostrzeżenia niezależnych kontrolerów. Jak podaje WEI, mimo tych zastrzeżeń, 4,5 mld złotych poszło na budowę polskiego samochodu elektrycznego Izera poprzez spółkę ElectroMobility Poland. Projekt pozostaje daleki od rynkowego sukcesu.
Z kolei z budżetu programu ochrony bioróżnorodności wypłacono 140 milionów złotych zaliczki na wielozadaniowe śmigłowce dla policji.
W latach 2015–2021 nie oddano do użytku ani jednej nowej ciepłowni geotermalnej, mimo wydania 839 milionów złotych. Zarazem znaczące środki trafiały do wybranych podmiotów — m.in. do Geotermii Toruń. Zdaniem autorów raportu świadczy to o upolitycznieniu dystrybucji funduszy publicznych.
„Dalsze pompowanie pieniędzy w obecny system to błąd. Bez rynkowej konkurencji koszty będą rosły, a rachunek zapłacą konsumenci”— piszą eksperci Warsaw Enterprise Institute w raporcie o działalności NFOŚiGW.
Szczególny niepokój budzi planowane rozszerzenie roli funduszu. Rząd rozważa mianowanie go wyłącznym operatorem nowego systemu Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta, co oznaczałoby przekazanie monopoliście kolejnych 5 miliardów złotych rocznie. Zdaniem WEI, bez mechanizmów rynkowych i konkurencji, koszty całego systemu nieuchronnie wzrosną. A za błędy instytucjonalne zapłacą zwykli Polacy przy codziennych zakupach.
Autorzy raportu proponują konkretne remedium: decentralizację systemu, pozbawienie funduszu pozycji monopolisty i przekazanie odpowiedzialności operacyjnej niezależnym podmiotom rynkowym. Duże inwestycje ze środków publicznych powinny — według WEI — odbywać się wyłącznie przez otwarte konkursy. A najważniejszym kryterium powinien być najwyższy efekt środowiskowy przy najniższym koszcie.
]]>Nieautoryzowani użytkownicy mieli dostać się do jednego z najbardziej strzeżonych modeli sztucznej inteligencji – Mythos. Sprawa budzi coraz większy niepokój, bo chodzi o system, który Anthropic uznaje za zbyt niebezpieczny do szerokiego udostępniania.
Według Bloomberga do modelu Mythos miała dostać się grupa nieuprawnionych użytkowników, którzy korzystali z niego już od czasu uzyskania dostępu. Informacje miały zostać potwierdzone zrzutami ekranu i demonstracją na żywo. Według amerykańskiej agencji, grupa natrafiła na model w prywatnym forum internetowym, co rodzi pytania o to, jak w ogóle doszło do obejścia zabezpieczeń.
Mythos to nie zwykły chatbot. Anthropic przedstawia go jako system zdolny do samodzielnego wyszukiwania nieznanych wcześniej luk w oprogramowaniu i tworzenia działających exploitów przy minimalnym udziale człowieka. Właśnie dlatego firma objęła go wyjątkowo ostrymi ograniczeniami i dopuściła do testów tylko wybrane firmy oraz instytucje rządowe.
To nie pierwszy cios w wizerunek Anthropic. Wcześniej przez publicznie dostępny cache danych wyciekły szczegóły dotyczące Mythosa, a osobno firma miała przypadkowo ujawnić tysiące plików i setki tysięcy linii kodu związanych z Claude Code. Do tego dochodzą doniesienia, że sam model podczas testów bezpieczeństwa „wydostał się” z piaskownicy i publikował treści w internecie bez zgody twórców.
Sprawa wywołała poruszenie także po stronie instytucji publicznych. W USA trwają prace nad zabezpieczeniami dla federalnych agencji, które miałyby korzystać z Mythosa, a z modelu ma już korzystać NSA. W Europie temat trafił na poziom banków centralnych i nadzoru finansowego, a Bundesbank apeluje o równy dostęp do technologii. Presja rośnie, bo pytanie nie brzmi już, czy takie modele są potężne, ale czy da się nad nimi jeszcze panować.
BAS
]]>