PKN Orlen zwiększył tegoroczny budżet programu wsparcia dla straży pożarnej z planowanych 20 do 25 mln PLN — najwięcej w historii inicjatywy. Stało się to po tym, jak liczba wniosków pobiła wszelkie dotychczasowe rekordy.
Do tegorocznej edycji programu „ORLEN na straży” wpłynęło 4 351 zgłoszeń. Spółka ostatecznie dofinansuje 441 jednostek ochotniczej i państwowej straży pożarnej w całym kraju. Średnio będzie to ponad 55 tys. PLN na jednostkę. Skala korekty budżetu w trakcie trwania konkursu mówi tyle samo o potrzebach lokalnych straży. Ponadto, pokazuje, jak nisko wcześniej wyceniano skalę tych potrzeb.
Z podziału środków wyraźnie widać priorytety: 18,7 mln PLN pochłonie sprzęt i pojazdy. Natomiast 5,8 mln PLN — szkolenia oraz wsparcie psychologiczne dla łącznie 12 190 strażaków.
To rozkład typowy dla programów, które z czasem dojrzewają. Pieniądze idą już nie tylko w blachę i silniki, ale i w ludzi, którzy mają tym sprzętem operować pod presją.
W liczbach szkoleniowych widać wyraźny ślad transformacji energetycznej: 867 strażaków przeszło kurs gaszenia pożarów pojazdów elektrycznych. Program obejmuje też przygotowanie do zagrożeń związanych z instalacjami OZE i zdarzeniami klimatycznymi.
Do tego 2 579 osób przeszkolono z ratownictwa technicznego, a 1 711 — z zakresu wsparcia psychologicznego. Innymi słowy: polska straż pożarna dogania rzeczywistość. W tej rzeczywistości coraz więcej pali się inaczej niż jeszcze dekadę temu — i coraz więcej kosztuje to samych ratowników psychicznie.
Program „ORLEN na straży” od 25 lat wzmacnia bezpieczeństwo lokalnych społeczności. Ponadto, wspiera jednostki, które każdego dnia niosą pomoc mieszkańcom w całej Polsce. W jubileuszowym roku ORLEN uruchomił także ogólnopolską kampanię „Pierwsi tam, gdzie potrzebna jest pomoc”. Kampania ta jest podziękowaniem dla strażaków i za ich codzienną służbę.
– Dzisiejsze ratownictwo wymaga nie tylko dobrego sprzętu, ale też specjalistycznej wiedzy i odporności psychicznej. Strażacy mierzą się z wypadkami drogowymi, gwałtownymi zjawiskami pogodowymi, pożarami wielkopowierzchniowymi, zagrożeniami chemicznymi oraz zdarzeniami związanymi z nowymi technologiami. Dlatego ORLEN na straży to dziś znacznie więcej niż zakup wyposażenia – to inwestycja w gotowość całego systemu ratowniczego – podkreśla Dariusz Krysiak, Prezes Zarządu Fundacji ORLEN.
BA/S
]]>Europa wchodzi w sezon grzewczy z droższym paliwem, droższym gazem i wyraźnie niższym poziomem zapasów niż rok temu. Eskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie podbija premię geopolityczną na rynkach ropy i LNG, zwiększając ryzyko kolejnej fali inflacji w UE.
Ceny benzyny i oleju napędowego na stacjach w Unii Europejskiej wyraźnie wzrosły w pierwszym tygodniu września. Średnia cena benzyny Euro 95 wyniosła 2,04 EUR za litr, a diesla 2,11 EUR za litr — wynika z danych opartych na cotygodniowym biuletynie paliwowym Komisji Europejskiej. W obu przypadkach był to silny wzrost względem poprzedniego tygodnia.
Od wybuchu wojny na Bliskim Wschodzie pod koniec lutego średnia cena benzyny w UE wzrosła z 1,64 EUR do 2,04 EUR za litr, czyli o około 24 proc. Diesel podrożał jeszcze mocniej — z 1,59 EUR do 2,11 EUR, o około jedną trzecią.
Rozbieżności między krajami pozostają znaczne. Według danych za tydzień kończący się 7 września litr benzyny kosztował średnio 2,63 EUR w Danii, podczas gdy na Malcie 1,34 EUR. W przypadku diesla ceny wahały się od 1,21 EUR na Malcie do 2,48 EUR w Finlandii.
Największym źródłem niepewności pozostaje rynek gazu. Kontrakty TTF, europejski punkt odniesienia dla cen hurtowych, przekraczały w ostatnich dniach 75–80 EUR za MWh. Osiągnęły najwyższe poziomy od kryzysu energetycznego z przełomu 2022 i 2023 roku.
Problemem nie jest wyłącznie cena bieżących dostaw, lecz także słabsze przygotowanie magazynów do zimy. Unijne magazyny gazu były 11 września wypełnione w 67,8 proc. To było o 12,2 pkt proc. mniej niż rok wcześniej. Co więcej, to aż o 16,2 pkt proc. poniżej pięcioletniej średniej dla tej daty.
Formalnie państwa UE powinny dążyć do wypełnienia magazynów do 90 proc. do 1 listopada. Choć przepisy dopuszczają odstępstwa, gdy warunki rynkowe są niekorzystne. Przy obecnym poziomie oznacza to konieczność zwiększenia zapasów o ponad 22 pkt proc. w niespełna siedem tygodni.
Rynki wyceniają ryzyko zakłóceń transportu energii przez cieśninę Ormuz — kluczowy szlak dla eksportu ropy i skroplonego gazu z państw Zatoki Perskiej. Ograniczenie przepływów tym korytarzem uderza szczególnie w europejskich odbiorców LNG. Przed zimą konkurują oni o elastyczne ładunki z kupującymi z Azji.
Brent ponownie przekroczył we wrześniu poziom 100 USD za baryłkę. Droższa ropa szybko przekłada się na koszty paliw. Dla Europy ważniejsze może okazać się napięcie na rynku produktów rafineryjnych — zwłaszcza diesla i paliwa lotniczego — oraz dostępność LNG.
Wzrost cen energii komplikuje zadanie bankom centralnym i rządom, które liczyły na trwałe wyhamowanie presji inflacyjnej. Paliwa bezpośrednio podnoszą koszty transportu i wydatki gospodarstw domowych. Dodatkowo droższy gaz podbija rachunki za ogrzewanie, energię elektryczną oraz koszty produkcji w energochłonnych sektorach.
Międzynarodowa Agencja Energetyczna wezwała rządy do rozważenia strategicznych rezerw gazu i bardziej elastycznych kontraktów dostaw. Komisja Europejska ocenia, że nie ma bezpośredniego zagrożenia dla bezpieczeństwa dostaw ropy. Jednak przyznaje, że sytuacja geopolityczna utrzymuje wysoką zmienność na rynkach ropy i paliw.
Dla Europy najbliższe tygodnie będą więc testem zdolności do szybkiego uzupełniania magazynów oraz pozyskiwania LNG bez dalszego podbijania cen. Jeśli napięcie wokół cieśniny Ormuz utrzyma się wraz z nadejściem chłodów, obecny wzrost kosztów energii może stać się nie tylko problemem rynkowym, lecz także makroekonomicznym.
BA/S
]]>Niemieckie przedsiębiorstwa wyraźnie zwiększyły inwestycje w Chinach w pierwszej połowie 2026 roku. Równocześnie ograniczyły nakłady w Stanach Zjednoczonych do najniższego poziomu od 2023 roku. Ta rozbieżność pokazuje, jak polityka handlowa USA i rosnąca konkurencja z Chin zmieniają mapę inwestycji największej gospodarki Europy.
Niemieckie firmy zainwestowały w Chinach o około 5,6 mld EUR więcej niż rok wcześniej — wzrost wyniósł blisko jedną trzecią — wynika z analizy Niemieckiego Instytutu Gospodarczego (IW), opartej na danych Bundesbanku. W tym samym okresie bezpośrednie inwestycje niemieckich przedsiębiorstw w USA spadły o niemal dwie trzecie. Osiągnęły poziom około 4,3 mld EUR.
Różnica nie musi oznaczać trwałego odwrócenia niemieckiej orientacji transatlantyckiej. Jest jednak sygnałem, że przedsiębiorstwa coraz ostrożniej lokują kapitał w warunkach niepewności taryfowej w USA. Tymczasem w Chinach bronią pozycji na rynku, który stał się jednocześnie kluczowym odbiorcą, centrum produkcyjnym i źródłem coraz silniejszej konkurencji.
Wzrost inwestycji w Chinach następuje mimo narastających napięć gospodarczych między Pekinem a Brukselą oraz rosnących obaw o zależność europejskiego przemysłu od chińskich łańcuchów dostaw. Poziom niemieckich inwestycji w pierwszym półroczu był zbliżony do średniej notowanej w latach 2020–2025. To sugeruje raczej utrzymanie silnej obecności niż jednorazowy skok.
Dla wielu niemieckich grup przemysłowych — zwłaszcza z branży motoryzacyjnej, chemicznej, maszynowej i elektrotechnicznej — Chiny są rynkiem zbyt dużym, by z niego wyjść bez ryzyka utraty globalnej skali działania. Firmy inwestują tam nie tylko po to, by sprzedawać lokalnie. Chodzi również o rozwój technologii, skracanie łańcuchów dostaw i rywalizację z chińskimi producentami na rynkach trzecich.
Badacze IW wskazują, że decyzje te wzmacniają także przewagi chińskich konkurentów: państwowe subsydia, relatywnie słaby juan oraz szeroka baza przemysłowa. W takich warunkach niemieckie firmy mogą uznawać lokalną produkcję za konieczny element obrony udziałów rynkowych.
Tymczasem inwestycje niemieckich przedsiębiorstw w Stanach Zjednoczonych spadły do około 4,3 mld EUR w pierwszych sześciu miesiącach 2026 roku. To niemal o dwie trzecie mniej niż rok wcześniej i blisko 80 proc. mniej niż w analogicznym okresie 2024 roku.
Skala spadku jest szczególnie widoczna w perspektywie historycznej. W pięciu latach poprzedzających pandemię niemieckie firmy inwestowały w USA średnio 15,8 mld EUR w pierwszych połowach roku — niemal czterokrotnie więcej niż obecnie.
Ostrożność inwestorów wiąże się z podwyższonym ryzykiem politycznym i handlowym. Cła, groźba kolejnych restrykcji importowych oraz trudność w przewidzeniu warunków dostępu do amerykańskiego rynku mogą skłaniać przedsiębiorstwa do wstrzymywania projektów kapitałowych. Dodatkowo prowadzi to do ograniczania ich skali.
Dla niemieckiego biznesu problemem nie jest wyłącznie wysokość ewentualnych ceł. Równie istotna jest nieprzewidywalność otoczenia regulacyjnego, która utrudnia wieloletnie decyzje dotyczące fabryk, centrów badawczo-rozwojowych i lokalizacji dostawców.
Zmiana kierunku inwestycji stawia Europę przed trudnym pytaniem: jak utrzymać konkurencyjność przemysłu, nie pogłębiając zarazem zależności od Chin. Chiny ponownie zostały największym partnerem handlowym Niemiec w pierwszej połowie 2026 roku. Wartość dwustronnej wymiany handlowej miała sięgnąć 125,5 mld EUR.
Rosnące inwestycje niemieckiego kapitału w Chinach mogą wspierać tamtejszą produkcję, zatrudnienie i rozwój technologiczny. W dłuższym horyzoncie oznacza to jednak ryzyko przenoszenia części wartości dodanej poza Europę. Zwłaszcza jeśli przedsiębiorstwa będą lokować w Azji nie tylko montaż, lecz także badania, projektowanie i działalność dostawczą.
Z perspektywy Berlina i Brukseli jest to argument za bardziej aktywną polityką przemysłową. Chodzi nie tylko o bariery ochronne wobec importu subsydiowanych produktów. Istotne są też warunki, które skłonią firmy do utrzymywania inwestycji produkcyjnych i technologicznych w Europie.
Niemieckie firmy nie wybierają dziś prostego modelu „Chiny albo USA”. Raczej dostosowują się do świata, w którym koszty geopolityczne stają się równie ważne jak koszty pracy, kursy walut czy dostęp do klientów.
Chiny pozostają niezbędne dla utrzymania globalnej obecności wielu niemieckich koncernów. Stany Zjednoczone nadal są strategicznym rynkiem i naturalnym partnerem dla europejskiego kapitału. Najnowsze dane sugerują jednak, że w krótkim okresie niemiecki biznes premiuje przewidywalność operacyjną i ochronę pozycji w Chinach. Jednocześnie amerykańska polityka handlowa podnosi próg dla nowych inwestycji.
Dla Europy stawką jest to, czy potrafi przekształcić tę presję w impuls do wzmacniania własnej bazy przemysłowej. Ma na to szansę — zanim decyzje podejmowane przez firmy w Szanghaju, Pekinie czy Detroit na trwałe przesuną środek ciężkości niemieckiej gospodarki poza kontynent.
BA/S
]]>KPMG ma kłopoty. Z jednej strony nietypowe transakcje na rynku prognostycznym Polymarket, które rodzą pytania o wykorzystanie informacji poufnych. Z drugiej, postępowania brytyjskiego regulatora dotyczącego audytów upadłej grupy paliwowej Prax. Sprawy nie są formalnie powiązane. Jednak razem wzmacniają kontrolę nad procedurami audytora z tzw. wielkiej czwórki.
Według „The Wall Street Journal” (WSJ) grupa 19 powiązanych kont na Polymarket osiągnęła niemal bezbłędne wyniki, obstawiając kwartalne rezultaty spółek badanych przez KPMG. Według analizy firmy zajmującej się analizą blockchaina Bubblemaps, konta miały zarobić łącznie około 22 tys. dolarów na zakładach dotyczących wyników 18 emitentów. Wśród nich były takie spółki jak: Wells Fargo, Home Depot i DoorDash. Co ważne, aktywność rozpoczęła się w listopadzie 2025 r. i trwała przez kolejne miesiące.
Skuteczność transakcji — według relacji WSJ sięgająca 98 proc. — nie przesądza sama w sobie o naruszeniu prawa. Stanowi jednak sygnał ostrzegawczy. Zwłaszcza że audytorzy oraz osoby mające dostęp do procesu zamykania ksiąg mogą znać istotne, niepubliczne informacje finansowe przed publikacją wyników.
Dla Polymarket sprawa może stać się kolejnym testem zdolności platform prognostycznych do wykrywania podejrzanych wzorców transakcyjnych. Rynki te są prezentowane jako narzędzie agregowania informacji. Jednak ich konstrukcja oparta na zakładach stwarza również możliwość szybkiego monetyzowania danych, które nie powinny trafiać do uczestników rynku.
W odrębnym postępowaniu brytyjska Financial Reporting Council (FRC) wszczęła trzy dochodzenia dotyczące State Oil Limited, spółki należącej do Prax Group. FRC zbada postępowanie indywidualnego księgowego w związku z finansowaniem State Oil w okresie od lutego 2021 r. do czerwca 2025 r. Dodatkowo, sprawdzi audyty skonsolidowanych sprawozdań finansowych spółki.
Postępowanie obejmuje audyty przeprowadzone przez KPMG za lata finansowe zakończone 28 lutego 2022 r. i 28 lutego 2023 r. Regulator sprawdzi również audyt PKF Littlejohn za rok zakończony 29 lutego 2024 r. Decyzję o wszczęciu spraw i dochodzenia zatwierdził 21 lipca 2026 r. komitet ds. postępowania FRC.
FRC podkreśliła, że samo otwarcie postępowania nie oznacza, iż stwierdzono naruszenie standardów audytowych, przepisów lub wykroczenie zawodowe. To istotne zastrzeżenie: brytyjski system nadzoru rozpoczyna dochodzenie na podstawie przesłanek wymagających wyjaśnienia, a nie po uprzednim ustaleniu winy.
Prax Group, działająca w handlu paliwami, rafinerii i dystrybucji energii, upadła w 2025 r., a jej problemy dotknęły m.in. rafinerię Lindsey w północnej Anglii. Warto dodać, że KPMG zrezygnowało z roli niezależnego audytora przed załamaniem się grupy. Następnie zadanie to przejęła PKF Littlejohn — potwierdza relacja City A.M.
Zakres dochodzenia FRC wskazuje, że regulator chce prześledzić zarówno wieloletnie audyty, jak i kwestię mechanizmów finansowania w spółce matce.
To szczególnie ważne w przedsiębiorstwach energetyczno-handlowych. Zwłaszcza tam płynność i finansowanie krótkoterminowe często zależą od skomplikowanych struktur kredytowych, zabezpieczeń oraz relacji z dostawcami i kontrahentami.
Prax nie jest jedynym bieżącym punktem nacisku regulacyjnego na KPMG w Wielkiej Brytanii. W lipcu FRC wszczęła postępowanie dotyczące ustawowego audytu skonsolidowanych sprawozdań John Wood Group za rok zakończony 31 grudnia 2023 r.
Równolegle regulator bada zachowanie dwóch nienazwanych księgowych w odniesieniu do sporządzania informacji finansowej oraz komunikacji z audytorami w segmencie Projects Business Unit Wood Group w latach 2022–2024. Także w tej sprawie FRC zaznaczyła, że rozpoczęcie postępowania nie jest rozstrzygnięciem o naruszeniu.
Dla KPMG równoległe wątpliwości — dotyczące zarówno możliwego przepływu poufnych informacji na rynku zakładów, jak i jakości audytów w sektorze energetycznym — zwiększają reputacyjne ryzyko. O ile wątek Polymarket może testować wewnętrzne bariery informacyjne i kontrolę zachowań osób związanych z audytem, o tyle sprawy Prax i Wood Group dotyczą centralnej funkcji firmy: wiarygodności niezależnego badania sprawozdań finansowych.
BA/S
]]>Europejskie ceny gazu wzrosły do najwyższych poziomów od końca 2022 r. Ograniczenia dostaw LNG z Zatoki Perskiej zbiegły się z wyraźnie niższym poziomem unijnych zapasów przed sezonem grzewczym. Rynek wycenia dziś nie tylko bieżący deficyt paliwa. Co więcej, bierze pod uwagę także ryzyko, że Europa będzie musiała agresywnie konkurować o każdy dostępny ładunek LNG.
Kontrakt front-month na holenderskim hubie TTF przekroczył w tym tygodniu 80 EUR za MWh. Osiągnął w ten sposób najwyższy poziom od grudnia 2022 r. Jeszcze 8 września cena wynosiła około 74,95 EUR za MWh. Jednak napięcia wokół dostaw z Bliskiego Wschodu oraz wyścig o uzupełnienie magazynów szybko podniosły notowania.
Kluczowym czynnikiem jest de facto ograniczenie żeglugi przez Cieśninę Ormuz — trasę, przez którą przed kryzysem przechodziło około 20 proc. światowego handlu skroplonym gazem ziemnym. Zakłócenie szczególnie uderza w dostawy z Kataru, jednego z największych eksporterów LNG. Dodatkowo zmniejsza to pulę ładunków dostępnych na rynku spotowym.
Dla Europy problem nie sprowadza się wyłącznie do wolumenu gazu. Kontynent musi zaoferować wyższą cenę niż konkurenci w Azji, by przyciągnąć elastyczne dostawy LNG — przede wszystkim z USA i innych producentów spoza Zatoki. To mechanizm, który przenosi geopolityczne ryzyko bezpośrednio na rachunki przedsiębiorstw energetycznych. Dodatkowo wpływa na przemysł i gospodarstwa domowe.
Rynek ma przy tym niewiele czasu na reakcję. Sezon grzewczy rozpocznie się za niespełna miesiąc. Dotychczasowa struktura cen terminowych nie sprzyjała zatłaczaniu gazu do magazynów. Wysokie ceny dostaw natychmiastowych wobec części kontraktów zimowych ograniczały finansową opłacalność kupowania paliwa dziś i przechowywania go na później.
Według danych Gas Infrastructure Europe unijne magazyny gazu były 8 września wypełnione w około 67 proc. To znacznie mniej niż sezonowa norma, szacowana na 83–84 proc. Jest to poniżej około 80 proc. notowanych o tej porze rok wcześniej.
Skala problemu jest nierówna. Polska, z magazynami wypełnionymi w około 96 proc., należy do najlepiej przygotowanych państw UE. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w Niemczech. Tam poziom zapasów wynosił około 55 proc., mimo że kraj dysponuje największą pojemnością magazynową w Unii.
Te liczby nie oznaczają automatycznie fizycznego niedoboru gazu. Podnoszą jednak koszt ubezpieczenia się przed zimą. Jeżeli chłody nadejdą wcześnie, albo kryzys w Zatoce się przedłuży, europejscy importerzy będą zmuszeni kupować więcej LNG na rynku bieżącym. Tam ceny są najbardziej podatne na zakłócenia podaży i konkurencję ze strony Azji.
Energetyczny wstrząs zaczyna już wpływać na politykę pieniężną. Europejski Bank Centralny podniósł 10 września wszystkie trzy podstawowe stopy procentowe o 25 punktów bazowych. Stopa depozytowa wzrośnie od 16 września do 2,50 proc. Stopa refinansowa będzie wynosić 2,65 proc., a stopa kredytu krańcowego 2,90 proc.
Decyzja przyszła po tym, jak inflacja w strefie euro przyspieszyła w sierpniu do 3,3 proc. z 2,9 proc. w lipcu. EBC prognozuje obecnie średnią inflację na poziomie 3,0 proc. w 2026 r., 2,5 proc. w 2027 r. i 2,1 proc. w 2028 r.
To stawia bank centralny w niewygodnej sytuacji. Wyższe ceny energii pogarszają perspektywy wzrostu, zwłaszcza dla energochłonnego przemysłu. Jednocześnie grożą utrwaleniem presji cenowej. Europa ryzykuje więc powtórkę z kryzysu energetycznego sprzed czterech lat. Zagrożeniem nie jest tylko racjonowanie gazu, lecz także długotrwała premia kosztowa, osłabiająca konkurencyjność gospodarki.
Najważniejszym wskaźnikiem w najbliższych tygodniach będzie tempo odbudowy magazynów. Istotna będzie również możliwość przywrócenia regularnych przepływów LNG z regionu Zatoki. Szacunki cytowane przez Reuters sugerują, że europejskie zapasy mogą osiągnąć przed zimą jedynie 70–75 proc. pojemności. W 2025 r. poziom ten wynosił 83 proc.
Dla Warszawy relatywnie wysokie zapasy dają bufor bezpieczeństwa. Dla całej Unii nie zmienia to jednak podstawowej zależności: jeśli Cieśnina Ormuz pozostanie zakłócona, europejska cena gazu będzie musiała pozostać wystarczająco wysoka, by przyciągać LNG. A to oznacza, że koszt geopolityki będzie nadal przenoszony na inflację, przemysł i politykę EBC.
BA/S
]]>Eskalacja konfliktu wokół Iranu i przejęcie przez Huti portu Mocha w Jemenie podniosły ceny ropy do najwyższych poziomów od miesięcy. Rynki wyceniają ryzyko jednoczesnego zakłócenia transportu przez cieśninę Ormuz i Bab al-Mandab — dwa strategiczne gardła światowego handlu energią.
Brent dzisiaj przejściowo kosztował 110,19 USD za baryłkę, a amerykańska ropa WTI osiągnęła 104,46 USD. W skali tygodnia oba benchmarki zyskały ponad 10 proc., notując najsilniejsze wzrosty od lipca.
Źródłem zwyżki jest narastające ryzyko dla żeglugi w pobliżu cieśniny Ormuz, przez którą przechodzi istotna część światowego eksportu ropy. Dodatkowo zagrożenie dotyczy Bab al-Mandab — wejścia do Morza Czerwonego od strony Zatoki Adeńskiej. Iran poinformował o ataku na 10 statków w rejonie Ormuzu po amerykańskich uderzeniach w pięć irańskich tankowców.
Równolegle wspierani przez Teheran Huti przejęli port Mocha w Jemenie. Posunięcie wzmacnia ich pozycję przy Bab al-Mandab i zwiększa presję na transport przez Morze Czerwone.
Rozwój wydarzeń szczególnie uderza w Arabię Saudyjską. Rijad miał zwiększać wykorzystanie terminalu Yanbu nad Morzem Czerwonym jako alternatywy dla eksportu przez Zatokę Perską. Było to w odpowiedzi na pogarszające się bezpieczeństwo żeglugi w Ormuzie.
Kontrola Huti nad Mochą może jednak zagrozić także temu kierunkowi. Według przedstawionych danych przez korytarz Morza Czerwonego kierowano 4–5 mln baryłek saudyjskiej ropy dziennie. Ewentualne ograniczenie obu tras utrudniłoby największemu eksporterowi ropy szybkie przekierowanie dostaw.
W sierpniu saudyjska produkcja ropy miała spaść do 6,238 mln baryłek dziennie — o 23 proc. wobec lipca i do najniższego poziomu od 1990 r. Eksport obniżył się do około 3 mln baryłek dziennie, najniżej od dziewięciu lat.
Skok cen ropy natychmiast podbija obawy o kolejną falę inflacji. W USA ceny diesla przekroczyły 6 USD za galon, a średnia cena benzyny regularnej wyniosła 4,28 USD za galon.
Jednocześnie rosną oczekiwania, że Rezerwa Federalna może ponownie zaostrzyć politykę pieniężną. Kontrakty terminowe wyceniają niemal 70-procentowe prawdopodobieństwo podwyżki stóp przez Fed na posiedzeniu w przyszłym tygodniu, wobec 49 proc. tydzień wcześniej.
Europejski Bank Centralny podniósł w czwartek główną stopę o 25 punktów bazowych do 2,5 proc., wskazując na utrzymującą się presję cenową związaną z konfliktem.
Najbliższa trajektoria cen zależy od tego, czy napięcie wokół szlaków żeglugowych przerodzi się w trwałe fizyczne ograniczenia podaży. Analitycy IG oceniają, że WTI może ponownie testować marcowy szczyt 119,48 USD za baryłkę, jeśli konflikt będzie się rozszerzał. Goldman Sachs wskazuje z kolei, że rośnie prawdopodobieństwo wzrostu Brenta powyżej 120 USD.
Dodatkowym czynnikiem jest popyt z Chin. Niezależne chińskie rafinerie zwiększają zakupy ropy z Afryki Zachodniej, Kanady i Ameryki Południowej. Dzieje się tak, gdy dostawy z Bliskiego Wschodu stają się mniej dostępne. W rezultacie osłabia to dotychczasowy argument spadkowy oparty na słabszym popycie w największym na świecie importerze surowc
BAS/S
]]>Antonio Filosa, prezes Stellantisa, ostrzegł, że globalny przemysł motoryzacyjny coraz wyraźniej dzieli się na dwa odrębne rynki: Stany Zjednoczone oraz resztę świata. Koncern rozwija więc działalność w dwóch torach — z amerykańską inżynierią dla USA i współpracą z chińskimi producentami poza tym rynkiem.
Stellantis przygotowuje się na trwałe rozdzielenie światowego rynku samochodowego. Dzieje się tak, ponieważ napięcia handlowe i polityczne między Waszyngtonem a Pekinem zmuszają producentów do budowy równoległych łańcuchów dostaw, technologii i partnerstw.
Antonio Filosa, dyrektor generalny koncernu, powiedział inwestorom podczas konferencji Jefferies Global Industrials Conference w Nowym Jorku. Stwierdził, że branża funkcjonuje dziś w dwóch coraz mniej kompatybilnych rzeczywistościach.
– Wyraźnie widzimy świat podzielony na dwie części: Stany Zjednoczone i resztę świata — stwierdził Filosa.
Dla Stellantisa oznacza to konieczność szczególnego traktowania amerykańskiego rynku. Ten rynek pozostaje kluczowym źródłem zysków grupy, właściciela marek Jeep, Ram, Peugeot, Fiat i Opel. Firma ma opierać rozwój produktów przeznaczonych dla USA na własnych, krajowych kompetencjach inżynieryjnych i technologicznych. Co ważne, nie planuje wykorzystywania modeli powstających we współpracy z chińskimi partnerami.
Poza Stanami Zjednoczonymi strategia wygląda inaczej. Stellantis rozwija współpracę z chińskimi producentami Leapmotor i Dongfeng, zwłaszcza w Europie i na innych rynkach. Dzięki temu koncern chce szybciej obniżać koszty rozwoju samochodów elektrycznych i konkurować z coraz silniejszą ekspansją firm z Chin.
Filosa podkreślił, że pojazdy opracowywane z chińskimi firmami nie są przeznaczone na rynek amerykański. Sam fakt zawierania takich sojuszy stał się jednak politycznie drażliwy w USA. Wynika to z tego, że administracja Donalda Trumpa oraz część przedstawicieli Kongresu coraz ostrzej reagują na współpracę zachodnich producentów z chińskim sektorem motoryzacyjnym.
Podobne napięcia dotknęły Forda, którego europejskie powiązania z Geely spotkały się z krytyką amerykańskich władz. Ford argumentował, że partnerstwa są odpowiedzią na nową rzeczywistość konkurencyjną i mają pomóc firmie obniżać koszty oraz przyspieszać rozwój technologii.
Dla europejskich producentów problem jest szczególnie złożony. Z jednej strony muszą bronić udziałów w rynku przed chińskimi markami oferującymi konkurencyjne cenowo auta elektryczne. Z drugiej — nie mogą ryzykować pogorszenia dostępu do rynku USA ani konfliktu z amerykańską polityką handlową i bezpieczeństwa gospodarczego.
Wypowiedź Filosy padła w momencie, gdy Stellantis próbuje odzyskać zaufanie inwestorów po okresie wyraźnego pogorszenia wyników. Grupa realizuje plan FaSTLAne 2030, ogłoszony w maju, który zakłada około 60 mld EUR inwestycji i powrót do dodatnich przepływów pieniężnych do 2027 r.
W drugim kwartale 2026 r. Stellantis osiągnął 43,5 mld EUR przychodów, o 13 proc. więcej niż rok wcześniej. Skorygowana marża operacyjna wyniosła jednak zaledwie 1,8 proc., co pokazuje skalę presji na rentowność. Filosa przyznał, że rynek oczekuje szybszej poprawy po okresie, w którym grupa poniosła około 22 mld EUR rocznej straty.
Prezes argumentował jednak, że odbudowa pozycji rynkowej i marż będzie wymagała czasu. Firma musi równocześnie uporządkować ofertę produktową, poprawić wyniki w poszczególnych regionach i zachować zdolność do konkurowania w segmencie aut elektrycznych.
Diagnoza Stellantisa pokazuje, że konflikt handlowy między USA a Chinami przestaje być jedynie kwestią ceł. Coraz bardziej wpływa na to, gdzie samochody są projektowane, skąd pochodzą ich komponenty, jakie oprogramowanie wykorzystują i z kim producenci mogą zawierać alianse technologiczne.
Dla globalnych grup motoryzacyjnych oznacza to rosnące koszty. Zamiast jednej platformy technicznej i jednego modelu globalnej produkcji mogą być zmuszone utrzymywać dwa zestawy rozwiązań. Jeden odpowiada wymogom politycznym i regulacyjnym USA, z kolei drugi przeznaczony jest dla Europy, Azji i pozostałych rynków.
Stellantis stawia zatem na strategię rozdzielenia ryzyk. Pytanie, które pozostaje otwarte dla całej branży, brzmi, czy producenci będą w stanie finansować taki dwutorowy model wystarczająco długo. Równocześnie powinni odzyskać marże i utrzymać tempo transformacji elektrycznej.
BA/S
]]>Fala zwolnień zleconych przez Jeffa Bezosa dała rywalowi okazję do zbudowania nowej redakcji z byłych dziennikarzy najsłynniejszej gazety Waszyngtonu.
4 lutego 2026 roku Jeff Bezos zlecił zwolnienie około jednej trzeciej personelu The Washington Post — ponad 300 z 800 dziennikarzy. Nakazał także likwidację działu sportowego i książkowego, okrojenie korespondentów zagranicznych oraz zamknięcie flagowego podcastu „Post Reports”. Kilka dni później stanowisko stracił także wydawca i dyrektor generalny Will Lewis.
Dla wielu obserwatorów był to kolejny rozdział powolnego demontażu instytucji, która od 150 lat definiowała amerykańskie dziennikarstwo śledcze. Robert Allbritton dostrzegł w tym coś innego: okazję
Założyciel Politico, którego rodzina niegdyś posiadała The Washington Star — historycznego rywala Post, wygaszonego w 1981 roku — od lat prowadził niewielki, wyspecjalizowany serwis polityczny NOTUS.
Gdy nóż gilotyny opadł na waszyngtońską redakcję, Allbritton i redaktor naczelny Tim Grieve zaczęli metodycznie podkupywać czołowe nazwiska Post. Przejmowali felietonistę Danę Milbanka, wieloletniego korespondenta Kongresu Paula Kane’a, głównego korespondenta ekonomicznego Jeffa Steina, a także krytyka kulinarnego Toma Sietsemę. Ponadto pozyskali dziennikarzy sportowych Thomasa Boswella i Dave’a Sheinina.
Plany rebrandingu nie obyły się bez perturbacji. Zapowiedziana w kwietniu zmiana nazwy na „The Star” trafiła na spór sądowy. Prawa do znaku towarowego rościł sobie Dovid Efune, reanimujący historyczny tytuł. W rezultacie strony dogadały się w czerwcu. NOTUS wycofał się z nazwy.
We wrześniu firma zarejestrowała inny szyld, przygotowywany od lutego jako plan awaryjny: The Washington Sun.
Redakcja rusza z rozmachem trudnym do wyobrażenia jeszcze rok temu dla start-upu medialnego. Obecnie to 110-osobowa obsada, w tym co najmniej 28 weteranów Washington Post. Pod skrzydła nowego tytułu trafiła też Capital Weather — dawna prognostyczna marka Post — na mocy umowy licencyjnej. Model biznesowy ma być hybrydowy. Planują darmowe newslettery jako lejek pozyskiwania czytelników oraz płatną subskrypcję za 9,99 dolara miesięcznie. Ta ostatnia była wprowadzana jeszcze we wrześniu.
– To wielki eksperyment sprawdzający, czy istnieje rynek w stolicy kraju dla publikacji łączącej wiadomości lokalne, kulturę i sport, które spajają każdą społeczność — napisał Milbank, ogłaszając start tytułu, dodając, że celem jest udowodnienie, iż ogólnotematyczna publikacja może przetrwać w XXI wieku.
Dla branży to sygnał wykraczający poza samą Post. Fala zwolnień w dużych, zadłużonych redakcjach — od nadawców po dzienniki — zderza się z apetytem inwestorów. Coraz częściej gotowi są oni finansować lżejsze, cyfrowe alternatywy. Budują je wokół rozpoznawalnych nazwisk, a nie fizycznej infrastruktury drukarni. Allbritton, który w 2007 roku uczynił z Politico wzór takiego przejścia, po raz drugi próbuje zamienić słabość konkurenta w swoją przewagę.
Czy Washington Sun stanie się trwałym filarem stołecznego dziennikarstwa, czy pozostanie ciekawym eksperymentem finansowanym przez zamożnego mecenasa, pokaże dopiero to, ilu czytelników zechce zapłacić za nową markę. Warto zauważyć, że nie za stare nazwiska, które za nią stoją.
BA/S
]]>Strategiczne zapasy Pekinu ograniczyły skutki zakłóceń w cieśninie Ormuz. Jednak powrót Chin na rynek importowy może ponownie podbić ceny ropy. W rezultacie może zwiększyć presję na światową gospodarkę. W tej sytuacji warto zauważyć, że Chiny zużywają rezerwy ropy, co ma wpływ na globalny rynek.
Chińskie strategiczne zapasy ropy pomogły ograniczyć skalę globalnego wstrząsu energetycznego po zakłóceniach dostaw przez cieśninę Ormuz. To jeden z najważniejszych szlaków eksportu ropy na świecie, a fakt, że Chiny zużywają rezerwy ropy, okazał się kluczowy.
Według Paula Gruenwalda, głównego ekonomisty globalnego S&P Global Ratings, zapasy zgromadzone przez Pekin pozwoliły uniknąć scenariusza gwałtownego niedoboru surowca na światowym rynku. Zaznaczył, że Chiny „w pewnym sensie uratowały sytuację”. Stało się tak, gdy ograniczenia żeglugi przez Ormuz dotknęły przepływów odpowiadających za około 20 proc. światowych dostaw energii.
Amerykańska Energy Information Administration szacowała, że w grudniu 2025 r. Chiny dysponowały 1,4 mld baryłek strategicznych zapasów ropy. Dla porównania, w USA było to 825 mln baryłek. Natomiast Pekin ograniczył w maju i czerwcu import ropy poniżej 8 mln baryłek dziennie — po raz pierwszy od 2016 r. W tym czasie korzystał ze zgromadzonych rezerw zamiast kupować surowiec na rynku spot. To dobitny przykład, jak Chiny zużywają rezerwy ropy w trudnych sytuacjach rynkowych.
Na początku konfliktu analitycy przewidywali, że ropa może podrożeć nawet do 150–200 USD za baryłkę. Prognozy te nie sprawdziły się w pełni, choć ceny pozostają wyraźnie podwyższone.
Notowania ropy Brent przekroczyły w środę 100 USD za baryłkę, po odnowieniu działań zbrojnych wokół cieśniny Ormuz. W czwartek kontrakty terminowe nieznacznie spadły, ale utrzymały się powyżej tego poziomu. Od minimów z początku sierpnia ropa Brent zdrożała o niemal 30 proc.
Zdaniem Gruenwalda obecny poziom cen, choć bolesny dla importerów energii i ryzykowny dla inflacji, wciąż nie oznacza scenariusza destabilizującego światową gospodarkę na skalę, której obawiano się w pierwszych tygodniach kryzysu. Co więcej, tak długo, jak Chiny zużywają rezerwy ropy, ich wpływ na światowe ceny pozostaje znaczący.
Największym ryzykiem dla rynku pozostaje moment, w którym Chiny przestaną wykorzystywać rezerwy i wrócą do zakupów na poziomach sprzed wojny.
Dane wskazują, że ten proces już się rozpoczął. Import ropy do Chin wzrósł w lipcu o 22 proc. miesiąc do miesiąca, a w sierpniu o kolejne 6,2 proc. Analitycy ING wskazują, że chińscy nabywcy zwiększyli w ostatnich tygodniach zakupy, wspierając fizyczny rynek ropy. Rafinerie w Chinach intensyfikują również zakupy rosyjskiej ropy z wybrzeża Pacyfiku, ponieważ dostępne źródła dostaw stają się coraz bardziej ograniczone.
Krishna Srinivasan, dyrektor departamentu Azji i Pacyfiku w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, ostrzegł, że powrót Chin do importu ropy w tempie sprzed konfliktu zwiększyłby koszt wysokich cen energii dla światowego wzrostu. Ponadto Daan Struyven, ekonomista Goldman Sachs, ocenił, że przy utrzymujących się zakłóceniach w żegludze cena ropy może wzrosnąć do 120 USD za baryłkę.
Dan Wang, dyrektorka Eurasia Group na Chiny, szacuje, że państwowe rezerwy Pekinu wystarczyłyby na około cztery miesiące zużycia ropy. Dodatkowo nowa ustawa energetyczna, uchwalona w ubiegłym roku, zobowiązuje największe koncerny naftowe do utrzymywania własnych dodatkowych zapasów.
Chińskiej gospodarce pomaga też struktura krajowego miksu energetycznego. Węgiel odpowiada za około 53 proc. zużywanej w kraju energii. To daje Pekinowi większą możliwość ograniczania zużycia ropy w okresie silnego wzrostu cen.
Ta przewaga ma jednak charakter przejściowy. Im szybciej Chiny będą odbudowywać rezerwy i zwiększać import, tym silniejsza będzie konkurencja o dostępne ładunki na rynku globalnym. W związku z tym rośnie ryzyko, że kryzys w Ormuz przerodzi się z regionalnego zakłócenia w szerszy problem dla inflacji i wzrostu gospodarczego.
BA/S
]]>Polski koncern znosi wymóg posiadania rachunku maklerskiego u partnera programu. To teoretycznie otwiera ORLEN w Portfelu na połowę ze 170 tys. indywidualnych akcjonariuszy dotąd pozbawionych dostępu.
PKN Orlen zniósł jedną z głównych barier utrudniających drobnym akcjonariuszom udział w swoim programie lojalnościowym ORLEN w Portfelu. Teraz umożliwia rejestrację bezpośrednio przez formularz online — bez pośrednictwa domu maklerskiego.
Zmiana otwiera dostęp do programu połowie z ponad 170 tys. indywidualnych akcjonariuszy spółki. Ci akcjonariusze dotąd nie mieli konta w jednym z sześciu biur maklerskich współpracujących z programem.
Do tej pory z programu korzystało 37 tys. inwestorów indywidualnych, kontrolujących łącznie około 5 proc. kapitału Orlenu, wycenianych na blisko 9 mld zł. W 2025 r. uczestnicy programu osiągnęli średnią stopę zwrotu na poziomie 123 proc. Na ten wynik złożyły się wzrost kursu akcji (ok. 104 proc.), dywidenda (ok. 13 proc.) oraz same korzyści programowe (ok. 6 proc.).
– ORLEN w Portfelu dostarcza naszym akcjonariuszom dodatkową wartość. Umożliwiając bezpośrednią rejestrację w programie, chcemy dotrzeć do większej liczby inwestorów. Chcemy także wzmocnić atrakcyjność inwestowania w akcje Orlenu — powiedział Jakub Frejlich, dyrektor Biura Relacji Inwestorskich PKN Orlen.
Warunkiem uczestnictwa pozostaje posiadanie co najmniej 50 akcji spółki. Rejestracja za pośrednictwem partnerskich biur maklerskich nadal jest dostępna równolegle z nowym kanałem online.
Uruchomiony w 2018 r. program — pierwszy tego typu na polskim rynku kapitałowym — oferuje uczestnikom rabaty na paliwa (10 gr/l na EFECTA i LPG, 15 gr/l na VERVA). Daje także 10-procentową zniżkę na produkty pozapaliwowe na stacjach oraz bezpłatny dostęp do webinarów i warsztatów edukacyjnych.
BA/S
]]>