Artykuł Luksus. Bąbelek jego mać pochodzi z serwisu Dawid Zmuda.
]]>Pomyślałem, że zrobię sobie luksus. No, to wiadomo: woda do wanny, gacie w dół, koszulka won, majty raus i… w tym momencie przypomniało mi się, że od paru znajomych dostałem kulki robiące pssssssszzzz w kąpieli. Dobrzy ludzie, tacy dobrzy ludzie!
Wziąłem jedną taką. Miała robić „pssssssszzzzzzzz” po wrzuceniu do wody. Jak to gołe bobo wszedłem do wanny, ukląkłem i oczarowany wynalazkiem – wrzuciłem kulę w wodę.
Czekam. Nic.
– Aha! – pomyślałem. – Może ta kolorowa folia to tylko opakowanie i nie ma tam dziurek, przez które tajemnie coś robi „pssssszzzzz”.
Wyciągnąłem kulę i zabrałem się za odwijanie folii. Była twarda, ostra i wlazła mi pod paznokieć, rozcinając skórę na palcu. Trudno, kto nie cierpi, nie zazna luksusu.
Pod pierwszą folią była kolejna, cieniutka. – Aha! – pomyślałem znów. – To pewnie jest taka folia, jak w tych kapsułkach do zmywarki, rozpuszcza się.
Pochyliłem się nad wodą, jak japoński cesarz nad herbatą i chlup! kulę w wodę. I kurwa dalej nic.
Woda zrobiła się chłodna, ale nie poddawałem się. Wylazłem z wanny, niestety bez wycierania się. W tempie olimpijskim dotarłem ślizgiem w szpagacie do półki po nożyczki. Rozciąłem folię na kuli relaksu, czyniąc przy okazji w tym mokrym szpagacie rany kłute na obu dłoniach. Droga do luksusu musi widać prowadzić przez piekło.
Jak ośmiornica – z połamanymi kończynami, krwawiąc jakbym w tym nieprawdopodobnym relaksie wypuszczał z siebie czerwony atrament – wpełzłem znów do wanny.
Siadłem. Założyłem słuchawki, zamknąłem oczy – i dalejże się w końcu niebywale relaksować. Nie powiem, zaczęło być miło. Musującą kula powoli przetaczała się po dnie wanny, zbliżając się w coraz to ciekawsze okolice mojej obolałej anatomii.
Do czasu.
W drodze do bąbelkowego zen, kiedy już – mimo wykrwawienia i dygocącego chłodu – płynąłem w stronę mistycznych stanów higienicznych, w całym tym oceanie łechtań i muślinowych muskań – coś wybuchło.
Powtarzam. Ze środka kuli coś wybuchło mi prosto w fundamenty semafora radości.
Być może tylko panowie wykażą się tu empatią: w sekundzie przeżyłem zawał, atak uwiądu przysadki mózgowej, apopleksję, atak paniki o przyszłość semafora w ogóle. Pomyślałem o tym, jak po tym wybuchu będę wyglądać jako najprawdopodobniej do tej pory mężczyzna – i z przerażenia naturalnie straciłem kontakt z rzeczywistością.
Kiedy w końcu wróciłem do przytomności i zdjąłem słuchawki, stwierdziłem, że nadal krzyczę z przerażenia wielkiego. Przemogłem się jednak i spojrzałem w dół. Może tylko sobie wmówiłem, ale dostrzegłem leje po wybuchu oraz ślady po odłamkach.
Ale to jeszcze moszna przeżyć.
Moją uwagę przykuła jednak kołysząca się na wodzie bomba w kolejnym celofanie, która wydostała się spod podwodnych wraków powierzchownych oznak męskości. Człowiek z naruszonymi fundamentami męskimi i psychicznymi nie boi się już niczego – zabrałem się więc do rozbrajania cholerstwa. Coś jak jajko-niespodzianka. Zamknąłem oczy, nacisnąłem jakiś kawałek plastiku, coś kliknęło i otwarłem oczy. Z jajka wykluł się pomarańczowy dinozaur na kurzej nóżce. Dinozaur. W kuli. W wannie. Serio.
Wypadł mi z rąk i znów zemdlałem, powodując znaczne obrażenia potylicy, która dość nagle spotkała się z brzegiem wanny.
Ocknąłem się. Dinozaur nadal istniał. Tyrpnąłem go przeciętym palcem i zapytałem kilka razy w różnych językach, czy wylezie po dobroci, czy mam go wyciągnąć i sprać po pysku. Ta prehistoryczna świnia nie dość, że nie odpowiedziała, to jeszcze z drwiną patrzyła na wszystkie moje rany spowodowane relaksem. Nie za bardzo wiedziałem, co robić, więc naturalnie na wszelki wypadek przyjebnąłem w ten paleontologiczny ryj słuchawką prysznica i wyciągnąłem oszołomionego potwora z wody. Powiedział „Ała, kurwa!” – i obraził się na brzegu wanny.
Siedzę w lodowato zimnej wodzie i patrzy na mnie pomarańczowy dinozaur. Patrzy. Dante by nie uwierzył:
„W życia wędrówce, na połowie czasu,
Straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi,
W głębi waniennych znalazłem się lęków”.
Mam coś z czterdzieści ileś lat i od dziś czeka mnie życie z dinozaurem. Dziękuję dobrym ludziom za obdarowanie mnie luksusami. Następnym razem po prostu mnie dobijcie.
Artykuł Luksus. Bąbelek jego mać pochodzi z serwisu Dawid Zmuda.
]]>Artykuł Zmoczony pochodzi z serwisu Dawid Zmuda.
]]>Poniedziałek.
Kupiłem pojemnik na próbkę moczu (1,49 zł), sterylnie zapakowany w celofan. Jako człowiek z natury ciekawy – zacząłem ćwiczyć. Po pierwsze, używanie pojemnika w akcji; po drugie, obsługa post factum, czyli zakręcanie i sprawdzanie szczelności. I przyszło mi do głowy, że skoro już chyba raz w życiu mam takie badanie robić, to porządnie. Pomyślałem, że może lepiej będzie, żeby płyn nie odparował, wtedy próbka nie straci na jakości.
Teraz już wiem, że zdecydowanie odradzam próby przelewania czegokolwiek z wnętrza siebie przy natychmiastowej próbie zakręcania pokrywki pojemnika. Nie dość, że to nie ma sensu, to jeszcze trzeba mieć dobrą koordynację ruchów i w odpowiednim momencie wycofać swoje wystające fragmenty doczesności spod wieczka. Niestety, nie mam koordynacji, a mimo to spróbowałem. I zakręciłem.
Po pół godzinie jednostajnego wrzasku, jaki wydałem z siebie po tym intelektualno-sportowym wyczynie, przyszedł sąsiad. Chciał zapytać, czy może oszalałem i czy mogę zaprzestać.
Otworzyłem mu – ciągle krzycząc z bólu – z wywalonymi na wierzch gałkami ocznymi (i nie tylko ocznymi), z pudełkiem zakręconym na zmarniałej wypustce doczesności, zupełnie nieprzystosowanej ewolucyjnie do tego typu czynności. Powiedzmy szczerze – sąsiada ten widok przerósł. Najpierw dostałem po mordzie, a potem sam zaczął się drzeć jak opętany, powodowany męską empatią. Zasadniczo facet może być wyprany z emocji, ale w tym punkcie łączy nas nieujarzmiona, biologiczna jedność sensoryczna. I to współodczuwanie nas pojednało. Pobiegł – ciągle krzycząc – po śrubokręt i uwolnił mnie od pudełka. Niestety, oszczędził tylko wypustkę. A pudełko szlag trafił.
Wtorek.
Przestałem krzyczeć w okolicach południa, a wieczorem przestałem płakać. Kiedy nie miałem już lodu w zamrażarce, który koił cierpienie – poszedłem po kolejne pudełko, za kolejne 1,49 zł. Na wszelki wypadek uznałem, że na przyszłość nie będę już ćwiczyć, tylko improwizować. Położyłem pojemnik obok spłuczki i postanowiłem: następnego dnia musi się udać.
Środa.
Nastawiłem budziki i pewnie byłoby wszystko dobrze, ale pokonało mnie przyzwyczajenie, które – w tym przypadku – okazało się absolutnie pierwszą naturą człowieka. Obudziłem się, wstałem, opadłem, a potem zaspany poszedłem oddalić od siebie dary nerek. Po otworzeniu strumienia urologicznej świadomości uprzytomniłem sobie, że przecież miałem część płynu oddać nie w porcelanę, a w plastik za 1,49 złotych polskich. Sięgnąłem więc pospiesznie po pojemnik – i tu spotkała mnie przykra niespodzianka: nie odpakowałem wczoraj pojemnika z celofanu. Jedyną wolną ręką próbowałem więc otworzyć ten jebany celofan, ale że mam tylko jeden palec przeciwstawny, to i próba się nie udała. Kiedy próbowałem rozerwać to cholerstwo zębami, ścierpnięty kciuk poddał się i pojemnik pofrunął do kibla.
W panice zacząłem szukać jakiegokolwiek opakowania zastępczego. Wykonując egzotyczne dla mojego organizmu figury akrobatyczne, łapałem a to kubek na szczoteczkę do zębów, a to nakrętkę płynu do prania. Najwyżej nie będę już myć zębów ani prać. Czego to człowiek nie robi dla zdrowia. Ale wszystko to o tyle nie miało już znaczenia, że z pustego nawet Salomon nie naleje, a co dopiero początkujący moczodawca. Szukając w amoku pojemników zastępczych nie zauważyłem, że mam w sobie już tylko nicość, a niedaleko niej hulał poranny wiatr. Natura.
Poszedłem po trzeci pojemnik. Kolejne 1,49 polskich monet. Po powrocie, na wszelki wypadek, ustawiłem blokadę na koncie bankowym, bo każde moczobranie powodowało równoczesne upłynnianie – i tak płytkich – zasobów finansowych. Przed snem odpakowałem pojemnik i kilka razy, na sucho, przetrenowałem kolejne czynności. Wypiłem dwie butelki wody i odpłynąłem w sen.
Czwartek.
Udało się. Jako człowiek pracujący w światowej korporacji bankowej, dokonałem w końcu udanego przelewu ze środków bardzo własnych do plastikowego sejfu za 1,49 i ruszyłem do laboratorium. W ciszy poranka potruchtałem na przystanek, słysząc za sobą wesoły chlupot. Pojemnik był dobrze umoczowany w zagłębieniu plecaka, wetknięty między wymyślną konstrukcję, która miała uniemożliwić niekontrolowane wędrówki i zminimalizować ryzyko wylania zawartości. Siadać na plecaku nie zamierzałem, więc zadbałem tylko o wypoziomowanie całości.
Dotarłem do przychodni.
– Najpierw zrobi pan badania u okulisty i laryngologa, potem ogólne, a potem podjedzie pan do laboratorium.
– Jak to “podjadę”?
– A, no tak, bo sam pan rozumie, przez ten cały covid korzystamy z innych pracowni. Nikt pana nie informował? To niedaleko, kilka przystanków.
Gdyby nie obawa, że za mocno się zamachnę i wzburzę zawartość pojemnika na własnych plecach, dokonałbym w rejestracji czynów straszliwych. Zamiast tego – potruchtałem te kilka przystanków, bo następny autobus był dopiero za pół godziny. Pomyślałem, że kiedy dotrę po tych joggingach na pobranie krwi, ciśnienie wywali mi igłę z żyły, a mocz osiągnie status maratończyka.
Dotruchtałem i zaczęli mnie ankietowo wypytywać o różności: czy palę, czy piję, czy biorę narkotyki, czy bywam w krajach, których nazw nawet nie pamiętam, czy uprawiam przypadkowe współżycie nad wyraz płciowe na drodze przypadku oraz czy mnie ogólnie coś nie piecze. Na każde pytanie, z postępującym wstydem odpowiadałem “nie”. Jakież ja mam, kurwa, nudne życie!… Tym sposobem popadłem w załamanie względem jakości rozrywkowej swojego żywota i obniżyłem ciśnienie.
Za to z byciem na czczo nie było problemów. Ostatecznie przez ostatnie dni nie miałem czasu jeść, dłonie mając zajęte opanowywaniem obsługi plastikowych pojemników urynobiorczych. Jednocześnie jednak nie miałem na nic siły, więc kiedy tylko wszedłem do laboratorium i zobaczyłem panią z igłą – zemdlałem.
Ocuciło mnie pranie po pysku i wilgoć pod plecami. Nie mam pretensji, ostatecznie jaką wytrzymałość może mieć lichy plastik z mocnym gwintem za 1,49. Pękł, to pękł, ale na myśl, że mam znów to wszystko przechodzić, żeby dowieźć płyn do analizy – zawyłem. Opieka medyczna sprała mnie czule po pysku raz jeszcze i pokazała przypis do gwiazdki na skierowaniu: …z próbką moczu* – na prośbę pacjenta.
Nie, nie prosiłem.
Płakałem dalej, ale wstałem i pokuśtykałem do wyjścia. Kierowca nie wpuścił mnie do autobusu. Niepotrzebnie kapało mi z nosa, jeszcze bardziej niepotrzebnie kapało z plecaka.
Wróciłem do mieszkania wstrząśnięty i spieniony.
Ja, Bond olsztyńskich laboratoriów.
Artykuł Zmoczony pochodzi z serwisu Dawid Zmuda.
]]>Artykuł Parasolnicy pochodzi z serwisu Dawid Zmuda.
]]>Kilka lat temu, nie tak dawno, w samym centrum Krakowa istniało kilka „trójkątów bermudzkich”. Niektóre z nich cieszą się złą sławą do dziś, choćby te parę kamienic nieopodal kolejowych bocznic przy Nowym Kleparzu. Inne poddały się deweloperom i uległy spychaczom. Był też taki rejon, tuż za dworcem kolejowym, nie najlepiej skomunikowany z miastem i nie dość klimatyczny, by stać się tak atrakcyjny jak Kazimierz czy stare Podgórze.
I choć tuż obok żył Kraków Główny, Akademia Ekonomiczna i Lubicz, to niewiele osób kojarzyło te niewielkie uliczki i podworce. No, może tylko tanie ksero naprzeciw tunelu pod peronami, do którego podążali studenci wolący nie zapuszczać się dalej niż potrzeba.
Takie niepoznane miejsca. Po prostu tam, za dworcem.
Czas
Zanim pojawił się „Parasol”, działali w innych organizacjach. Nie odeszli dlatego, że było w nich źle – po prostu chcieli móc się rozwijać po swojemu. Łączyło ich wspólne przekonanie, zakorzenienie w nurcie akcentującym redukcję szkód (harm reduction) i outreach (wychodzenie do ludzi, działanie w ich naturalnych środowiskach i społecznościach). Nie chcieli epatować pracą socjalną i przychodzić do ludzi jako ci mądrzejsi.
Zamiast stać nad głową i pouczać, jak dobrze żyć, wolą towarzyszyć i wspierać, dawać do wyboru różne możliwości. Wiedzą, jak ważne jest czekanie – nie sztuką jest dawać komuś dobre rady w momencie, kiedy ktoś nie jest nimi zainteresowany, albo nie może ich skutecznie przepracować.
Dlatego zamiast proponować ludziom gotowe rozwiązania, oferują czas.
To on pomaga w dojrzewaniu do decyzji, a te mają sens wtedy, gdy ma się przed sobą różne możliwości i rozumie się ich konsekwencje. Dlatego pracownicy „Parasola” rozmawiają z młodzieżą o różnych opcjach: możesz być abstynentem i to ma wpływ na to, jak będzie wyglądać twoje życie; możesz korzystać z używek – ale to tym bardziej będzie determinować twoje relacje i przyszłe wybory.
Parasolnicy proponują różne rozwiązania, możliwe działania. Ale nie wybierają za ludzi, nie wyręczają, nie podsuwają łatwych frazesów. Znają stawkę, a jest nią świadome wybieranie lepszych rozwiązań przez tych, których one dotyczą, a nie chwilowe potakiwanie „mądrzejszym”.
Obsada
Do „Parasola” przyszli już przygotowani do pracy z uzależnionymi i wykluczonymi, dziś pozwalają młodszym nabierać doświadczenia i rozwijać kompetencje. Starają się dbać o stabilność zespołu – są wciąż tacy, którzy w „Parasolu” byli od początku, są nowi, którzy bardzo szybko odkrywają, jak ważna jest stałość i gotowość na długą współpracę. Nie ma miejsca na przypadkową obecność, bo chodzi tu nie o odpracowanie kilku godzin, lecz o budowanie zaufania ludzi, którzy często wychowali się w nieufności i ciężko jest im przekraczać kolejne progi oswajania z drugim człowiekiem. To trwa.
Właściwie nie mają stacjonarnych pracowników, w każdym razie nie takich, którzy wyłącznie siedzą za biurkiem. Nawet ci, którzy po kilkunastu latach pracy są odpowiedzialni za grupy i spotkania w ośrodku, nadal pracują jako streetworkerzy.
– Na naszej stronie internetowej jest napisane, że byliśmy pionierami w tej dziedzinie – tłumaczy Marcin Drewniak – Vice Prezes CPES Parasol. Ludzie, którzy trafili do Parasola byli jednymi z pierwszych, którzy w latach dziewięćdziesiątych pracowali streetworkersko. Warto się chyba chwalić, że mamy kilkanaście lat doświadczeń i nadal pracujemy na ulicy. To bezsprzecznie jest nasz kapitał, a co ważne tylko kilka organizacji w Polsce może powiedzieć o sobie to samo.
Są i nowi. Agata – streetworkerka i studentka – zaczęła miesiąc temu, ale widać, że odnajduje się tu szybko. Wychodzi na ulicę, do domów podopiecznych, poznaje ludzi i ich historie. Uczy się tego, że mimo dobrych chęci może zostać odrzucona, oswaja się z warunkami życia ludzi na marginesie nowoczesnego miasta. Sama przychodzi z bezpiecznej części świata i również ten kontrast w sobie oswaja. Uczy się ciszy i języka, który bywa szorstki i przewrażliwiony na fałsz.
Emocje
Praca na ulicy, która czasami prowadzi na dworzec czy w zaułki, nie jest ani niebezpieczna, ani łatwa. Bo jak to? Tak po prostu podejść do kogoś kto prostytuuje się na dworcu, ćpa czy pije – i powiedzieć: „aaa… pomogę ci”? Od czegoś przecież trzeba zacząć. Tak, przede wszystkim nie warto udawać: ani ziomka, ani dobrej cioci, ani anioła.
I tu znów nauka czekania, bo czasami nie wystarczy podejść raz czy dwa. Na ulicy nie odbija się kart zegarowych. Są jednak i tacy, którzy słysząc „Parasol” jakby łatwiej otwierają się na kontakt, bo koleżanka, bo kolega byli, rozmawiali, poznali, opowiadali.
Tak czy inaczej, kiedy już uda się nawiązać rozmowę, parasolnicy proponują to, co dla ludzi jest potrzebne tu i teraz. Jeśli stoi przed nimi młoda prostytutka – nie proponują nauk z zakresu moralności. „Być może potrzebujesz prezerwatyw lub chustek do higieny?”. Proste, praktyczne pytania. Kiedyś najczęściej dostarczali igły jednorazowe dla narkomanów w zakątkach starego dworca. Ale to jeszcze nie cel, to początek spotkań.
Streetworkerzy pracują parami, mają wiedzę i techniki terapeutyczne. Ale przede wszystkim pracują sobą. Jeśli w końcu czują zbyt dużo emocji, lub przestają czuć je w ogóle – robią przerwę, biorą urlop, zajmują się na chwilę czymś innym. Trudno emocji uniknąć, a przecież pracuje się nie tylko nad nimi, ale również nimi.
To niecodzienna praca, kiedy człowiek sam dla siebie jest narzędziem, o które sam musi zadbać.
Manowce
Od początku pracowali ze środowiskami wykluczonymi. W więzieniach pojawili się w latach dziewięćdziesiątych. Rozmawiają o uzależnieniach, ale prowadzą także edukację seksualną. W tym momencie przyszły mi do głowy nagłówki gazet i spory wokół tego tematu. Często przecież pojawiają się obawy, że edukacja seksualna w szkołach, ale także w domach, po prostu w normalnych warunkach, spowoduje pobudzenie i będzie przyczyną problemów. A co dopiero w warunkach odosobnienia?
– Nie, nie – Marcin uśmiecha się. Jeśli ludzie wiedzą, jak działa ręka czy noga, to dlaczego mieliby nie wiedzieć, jak działają inne rzeczy? To po prostu kolejna sposobność dowiedzenia się czegoś o sobie. To wszystko związane jest z emocjami, więc dzięki temu można również wywołać temat radzenia sobie z emocjami. Nie ruszamy tematu tożsamości seksualnej, bo „z założenia” w więzieniu wszyscy są heteroseksualni, więc poruszanie tego tematu w grupie mogłoby się okazać dla kogoś zbyt ryzykowne.
Nie od razu i nie wszyscy od „Parasola” wchodzą do zakładu karnego. Trzeba nauczyć się nawyków i zasad odwiedzin: nie oceniać, nie poddawać atmosferze, niczego nie wnosić i nie wynosić. Między innymi dzięki trzymaniu się takich zasad, byciu fair i w stosunku do więźniów i personelu więzienia – buduje się zaufanie do organizacji.
A przecież mogłoby kusić, żeby komuś pomóc w komunikacji ze światem poza murami. Na dłuższą metę jednak nie warto, bo utrata zaufania tam oznacza, że następnym razem parasolnicy zastaliby zamknięte bramki.
Ruchoma Narnia
Więzienie to tylko jedno z miejsc działania i … w sumie najbardziej statyczne. Większość działań związanych jest z ulicą i kilkoma punktami stacjonarnymi: na Kazimierzu, na Podgórzu i tu, w Śródmieściu. Kiedyś to był inny świat, taki właśnie „trójkąt bermudzki”, w który ludzie bali się zapuszczać.
Kiedy wreszcie rozbudowano dworzec i w cieszącym się złą sławą tunelu „Magda” przestali bić, kiedy położono nowe chodniki, a sklepy z tanią odzieżą zostały wyparte przez banki, kiedy wreszcie młodzi, którzy przychodzili na Rakowicką wyrośli, albo wyprowadzili się – musiał zmienić się także charakter i zadania tutejszego ośrodka.
Są ośrodki, które starają się trwać tam, gdzie działają od lat. Filozofia „Parasola” jest inna: trzeba iść tam, gdzie są ludzie, zmieniać charakter ośrodków, wokół których zmienia się świat. W jakimś sensie trzeba za każdym razem zaczynać od nowa, choć wiedza i narzędzia są do wykorzystania wszędzie. A że miasta przechodzą współcześnie bardzo dynamiczne zmiany, trzeba wciąż decydować: co dalej? I właściwie są tylko dwa rozwiązania: nadążać za złożonymi procesami społecznymi i działać w świecie takim jaki jest, albo uprawiać fikcję.
Przy Rakowickiej odruchowo wybierają zmienność działań. Przecież to parasol towarzyszy człowiekowi w czasie deszczu, a nie odwrotnie.
Dla ludzi jednak zmiany są czymś, co wywołuje niepokój. Trzy wspomniane miejsca „Parasola”, jak wiele innych ośrodków, są dla niektórych swego rodzaju przystanią, miejscem bezpiecznym i punktem odniesienia. Tu na nich ktoś czeka, rozmawia, stara się zrozumieć, trochę chroni. I są jasne zasady.
W zderzeniu z dorosłym światem, który czyha za rogiem, takie miejsca mogą dać się wyobrazić jako mała Narnia.
Sami podopieczni tak właśnie zaczęli nazywać to miejsce. Była radość. Dla tych, którzy tu pracują – z początku – miód na serce. Potem chwila na namysł i szybkie otrzeźwienie: nie jesteśmy magiczną krainą, schronem za tajemnymi wrotami.
Trzeba było przepracować tę Narnię, by nikt w nią zbytnio nie uwierzył. Bo tak, jak ciężko wyjść z uzależnienia lub czasami uchronić się przed nim, tak i niełatwo pozbywać się złudzeń i iluzji bezpieczeństwa. Do Narnii się ucieka. Spod „Parasola” wychodzi się w świat.
Profilaktyka w dorosłym świecie
Wejście w świat, który nie jest ani sprawiedliwy, ani podległy, wywołuje potrzebę odreagowania. Zaczyna się od rozmów o alkoholu czy braniu, później pojawia się prowokowanie przemocy, czasami dochodzi do samookaleczeń lub innych form autodestrukcji.
Profilaktyka po takim „wyfrunięciu w świat” właściwie nigdy nie będzie procesem zakończonym. Bo zawsze pojawią się zmiany rodzące stres. Pytanie, jak można w miarę skutecznie działać, żeby zmniejszyć ryzyko cofania się w świat narkotyków, picia czy agresji? Może powtarzać to, co czasami ci młodzi słyszą w domach? „Znów jesteś nie do wytrzymania, ośrodek ci się marzy?”, „będziesz niegrzeczny, to zadzwonię do kuratora i cię zabierze”. Absurd w prawdziwym świecie.
To, co warto robić – to pytać: „co ci dało to, że piłeś?, „co daje ci marihuana?”. Nawiązać kontakt i próbować ponownie uruchomić możliwość decydowania na swoją korzyść. Pozwalać dochodzić do siebie. Dać poczucie, że tu się spotyka, by zrozumieć własne życie i dać sobie szansę.
Sens
Nie zawsze jest dobrze. Bywa, że ktoś po skutecznej terapii i późniejszej profilaktyce przed nawrotem uzależnienia dobrze rokuje i właściwie już niemal jest pewne, że udało się. Tymczasem przyjeżdża dawny kompan, lub dzieje się coś nagłego, o czym nie zdąży się przyjść porozmawiać. Tak, czasami mimo wszystko, ktoś taki znika na zawsze.
Po dobrych i złych doświadczeniach pojawia się pytanie o sens i skuteczność działań. Można ją wyliczać różnymi wskaźnikami, procentami i tabelami. Tu „Parasol” również się sprawdza. Kiedy siedzimy i rozmawiamy o ich pracy, w pokoju obok kończy się audyt. Z bardzo dobrymi wynikami.
Ale są i wskaźniki wystukiwane przez kroki powracających podopiecznych. Przychodzą pogadać, opowiadają o życiu i o tym, co wynieśli ze spotkań w „Parasolu”. Mówią o tym, jak na co dzień sami sobie pomagają nie wypaść za nawias własnych aspiracji. A przecież to również tu je odkrywali. Bywa, że włączają się działania ośrodka, już jako ci, którzy mogą pomóc innym.
Podopieczni dorośleją, wyfruwają w świat. O to przecież chodzi. A parasolnicy nadal starają się wychodzić do ludzi. Nie wciągają ich na siłę pod dach. Uczą otwierać parasol nad samym sobą. I nie gubić go znów w dworcowych zakamarkach.
***
Materiał przygotowany dzięki rozmowom z Marcinem Drewniakiem, wiceprezesem CPES Parasol i Agatą, streetworkerką tego stowarzyszenia.
Tekst ukazał się w 2015 roku na stronach projektu Profnet, którego celem było wzmocnienie i integracja sektora organizacji pozarządowych realizujących profilaktykę uzależnień. Realizowany był przez zespół Fundacji Praesterno, z którą miałem okazję współpracować także jako trener.
Artykuł Parasolnicy pochodzi z serwisu Dawid Zmuda.
]]>Artykuł Do usłyszenia, Trójko pochodzi z serwisu Dawid Zmuda.
]]>Nie wiem, co dziś z tym zrobić. Bo lista to Marek Niedźwiecki w Programie Trzecim. Wyjąć jedną część i nie za bardzo wiem, czego słucham. Póki wiedziałem, że z Myśliwieckiej słyszę przynajmniej Niedźwiedzia i Manna, miałem do czynienia do Programem Trzecim, choć pociętym, jawnie i celowo niszczonym przez barbarzyńców. To niszczenie radia jest zresztą jak lupa działań władzy i jej wyborców, którzy poświęcą wszystko, byle zapewnić sobie święty spokój i poczucie triumfu nad wszystkim, co ich nie wspiera. Z wrogami władza zawsze radzi sobie lepiej niż z tymi, którzy nie chcą dać się ustawić po prostu jako ktoś przeciw. Wiadomo, wróg to wróg. Wróg jest uzbrojony i można uzasadnić nawet najbardziej okropne metody z nim walki. Ale najgorsi z punktu widzenia władzy i jej przyklaskujących są ci, którzy wyślizgują się prostackim wizjom świata opartego na walce. Wroga można pobić. Niezależnych trzeba wyrwać razem z korzeniami, wyjmować z wartościami, które budowali. Słabego barbarzyńca skopie, bo słaby i się nie odwinie.
A niezależni są bezbronni i ciężko jest usprawiedliwić walenie prosto w nich . Dlatego – skoro niewygodne jest ich publiczne sekowanie – trzeba zdemolować ich przestrzeń.
I niestety czuję też gorzkie zakłopotanie, widząc moich znajomych dokładających ręce do tych świństw. Znałem ich jako początkujących dziennikarzy, redaktorki, radiowców, ciekawych humanistów – niestety czegoś zabrakło. Bo ześwinić można się czasami niechcący, głupstwa robimy chyba wszyscy. Ale jeśli ktoś z seminariów o wartościach i dialogu dołącza, by pudrować barbarzyńców, to jednak osobiście robi się słabo. Również ich rękoma i głosami zamęczono Program Trzeci.
Została nazwa, która w tej odsłonie niczego i nic nie znaczy.
To, co było tym radiem – zachowali w sobie uchodźcy ze zrujnowanej przestrzeni głosów, wyobraźni i muzyki. Program Trzeci kiedyś się odbuduje. Ale dziś, kiedy słucham Listy Przebojów, nie wiem już, czego słucham. Na pewno nie jest to Lista Przebojów Programu Trzeciego, tylko Lista Pana Marka, której mógłbym słuchać gdziekolwiek by ją Niedźwiedź grał. Odejście Wojciecha Manna, przeciągane jak tylko się dało, zamyka – póki co – historię Myśliwieckiej 3/5/7. Został Pan Marek, być może zostanie kilka jeszcze głosów. Ale to już za mało. Mogę ich słuchać z innych miejsc, niestety już nie mam ich czym łączyć.
Kiedyś pewnie powrócą pod jeden adres. Ale Program Trzeci, przemianowany później na Trójkę, to nie poczekalnia na lepsze czasy ani coraz bardziej przygnębiająca kontekstem Lista Przebojów z jednym z najważniejszych głosów mojej wyobraźni. Marek Niedźwiecki zawsze jest Markiem Niedźwieckim, gdzie by nie był. Ale Trójka nie jest Programem Trzecim tylko dlatego, że nadaje z tego samego miejsca.
Odejście Wojciecha Manna od trójkowego mikrofonu nie zamyka, ale mówi o końcu tej części historii. Bo to nie odejścia z Programu Trzeciego niszczyły radio. One są świadectwem czasu barbarzyństwa.
Nie odtrąbiam dramatycznie końca. Program Trzeci kiedyś powróci. Dzisiejsi chuligani będą wtedy opowiadać, jak przeprowadzili radio przez ciężkie czasy. Już teraz robi mi się źle na tę myśl. Ale to kiedyś. Dziś po prostu już mnie nie obchodzą losy sprzętów i zatrudnień przy Myśliwieckiej. Obchodzi mnie Program Trzeci, którego nie udało się ani zohydzić, ani ośmieszyć, ani podzielić dramatycznie. Obchodzą mnie głosy wyobraźni, która otwierała na to, co najbardziej prozaicznie kojarzyło się z prostymi, włączającymi wolnościami.
Dziś jednak zamiast Listy Przebojów Programu Trzeciego słucham już po prostu Listy Pana Marka. Nie wiem, czy ostatniej, pewnie nie – choć niepewnie czekam, co dziś Niedźwiedź powie na koniec wydania. Jest muzyka, jest głos, nadal z głośnika coś słychać. Ale to już tylko głośnik, nie radio. Choćby nawet Lista trwała cały weekend.
Do usłyszenia, radio.
Oby niebawem.
Artykuł Do usłyszenia, Trójko pochodzi z serwisu Dawid Zmuda.
]]>Artykuł Moja biografia. Serio. pochodzi z serwisu Dawid Zmuda.
]]>Serio. Biografia. Nic nie poradzę, choćbym był nie wiem jak skromnym człowiekiem, choćbym nic w życiu nie zrobił – mam swoją biografię. Kilka lat temu myślałem, że przepadła w czasie którejś z przeprowadzek. Tymczasem ona spokojnie czekała sobie w pudle, gdzie ją włożyłem, żeby się nie zapodziała.
Od jej napisania mija w tym roku trzydzieści pięć lat! Kto ciekawy – niech sobie poczyta i obejrzy, może się uśmiechnie 
Ciekawe, kto z Was ma podobne skarby?
Artykuł Moja biografia. Serio. pochodzi z serwisu Dawid Zmuda.
]]>Artykuł Umarł. Będzie żyć. pochodzi z serwisu Dawid Zmuda.
]]>Wokół las, jeziora, nawet słońce zaczęło prześwitywać tego styczniowego poranka. Normalni ludzie szli na kawę, ostatecznie nawet do pracy. Szczęśliwi ruszali w dalekie podróże lub niespodziewanie umierali sobie w spokoju ducha.
Mnie kazano zrobić badania wstępne / okresowe / kontrolne / ostateczne. Niepotrzebne skreślić.
Tak naprawdę uznałem, że badania są mi do niczego nie potrzebne i chciałem je w ogóle skreślić jako takie, ale wtedy przyszły chlebodawca zagroził, że z kolei skreśli mnie i to zanim trafię na listę pracowników. Pod presją kapitalistycznego ultimatum poprosiłem o spis badań. Dostałem plik skierowań, przeczytałem, co mnie czeka – i z miejsca straciłem przytomność.
Z nieprzytomności obudziła mnie wiertarka sąsiada, którą burzy ściany. Takie hobby. Przyroda jeszcze chrapie, a ten jebie udarem sąsiadom po ścianach. Tyle jednak dobrze, że ów łomot wybudził ze snu błogiego i mogłem przeczytać jeszcze raz, co mnie czeka w przychodni. Przeczytałem. Zemdlałem. I nastawiłem budzik na rano, żeby zdążyć na tortury.
Przedtem jednak odmówiłem przyjmowania płynów i jedzenia, bo jasno napisali, że mam być na czczo. Dlaczego? Bo krew będą badać.
Zemdlałem właśnie pisząc powyższe zdanie.
Podobno mieli badać cholesterol. Nie wiem, co to jest, ale brzmi tak strasznie, że wpadłem w panikę – z pewnością go mam w fazie zaraźliwej i nie przyjmą mnie do roboty. Ale skoro miałem być na czczczczczo na 6 (słownie: sześć) godzin przed badaniem, to pomyślałem: “im mniej będę jeść, tym mniej zauważą, ile tego cholesterolu jest”. Odmówiłem zatem sobie przyjmowania doustnie czegokolwiek. I to na wszelki wypadek na 12 (słownie: dwanaście) godzin przed wizytą.
Pierwsze objawy głodu nastąpiły już po trzech godzinach, kiedy zdziwiona żuchwa – z braku zwyczajowej treści mniej więcej pokarmowej – zaczęła kompulsywnie gryźć powietrze. Po sześciu godzinach od braku picia odwodniłem się zaś na tyle, że musiałem nakremować spody powiek, żeby nie leżeć jak idiota z wytrzeszczonymi oczami. Nad ranem, kiedy udało mi się zasnąć, moje wysuszone pory wsysały na odległość wodę spod kwiatka, a po obudzeniu miałem dziurę w poduszce, a w pysku pełno pierza. Widać z głodu wżarłem się przez sen. Wyplułem pierze (żeby pozostać na czczo) i na wszelki wypadek nie brałem prysznica, żeby nie ulec pokusie picia wody.
Droga na przystanek zajmuje mi zazwyczaj 2 (słownie: do trzech) minut. Szedłem kwadrans, żeby za kilka godzin nie wyszło mi na EKG, że mam przyspieszone tętno serca. Lub że w ogóle mam serce. Dreptałem za kulawym psem, mdlejąc dwa razy, kiedy tylko przypomniałem sobie, że dzień zacznę od pobierania krwi.
Przepraszam, właśnie znów zemdlałem.
Wybrałem najdłuższą trasę autobusową, żeby nie jechać szybko (bo serce), omijałem kałuże (bo odwodnienie) i unikałem umiłowanych braci i siostry w nadwadze (bo pokusa nadgryzienia ich z głodu).
Na recepcji przyjęli mnie z jakąś szczególną troską. Pani zapytała, czy dobrze się czuję, bo blado wyglądam. Dali mi kopię tej samej kartki, przy czytaniu której wcześniej mdlałem, więc już na nią nie zaglądałem, tylko – powłócząc nogami i z trzęsącą się bezwiednie brodą – przemieszczałem się w stronę gabinetu laboratoryjnego numer 6 (słownie: jeden za piątką). Tuż przed gabinetem zobaczyłem, jak jego drzwi się otwarły i wypadł z nich facet w wieku zobojętniałym. Spłynął blady na ziemię i odsłonił zgięcie w łokciu, z którego wypadł wacik z czerwoną kropką. Na ten widok spłynąłem niezwłocznie za nim.
Ocuciła mnie pielęgniarka. Musiała mnie dość chwilę cucić, bo policzkowaniem miała obrzękłe prawice, a ja miałem mocno opuchnięty pysk. Ale jednak fachowo doprowadziła mnie do stanu, w którym już obie, z drugą smoczycą, mogły zawalczyć o odgięcie mi ręki. Zadziwiające, jak mocno można w strachu przed igłą usztywnić stawy w łokciach. Robiły co mogły, znęcając się i odbierając resztki godności, byle by móc dokonać wkłucia dożylnego.
Tak, tu też zemdlałem.
Opadłem z sił, élan vital mnie opuściła w końcu i popadłem w całościową biologiczną impotencję. Poddałem się tym smoczycom, które delikatnie próbowały zadziałać psychologicznie:
– „Przekręć mu łeb, przekręć mu łeb!” – darła się mniejsza do większej, żebym nie widział strzykawy, którą brała do ręki. Mdlałem i płakałem na przemian, błagałem i groziłem, wszystko na nic. Ta większa wreszcie wyrżnęła mnie metalową miską w potylicę. I wtedy, wykorzystując moje zamroczenie, mała pani z wielką rurą przebiła mnie na wylot.
I umarłem.
– „Panie, oddychajże pan!” – powiedziała większa wypuszczając resztki dymu ze smoczych nozdrzy. Tchnienie życia niestety jednak mnie dosięgło i zmartwychwstałem. Smoczyce zaczęły powoli przybierać ludzkie i nawet wcale nienajgorsze kształty.
Dały mi wodę, bo już można było.
I trzy szybkie w pysk, bo jeszcze trzeba było.
– „No, idź pan”.
Wypłynąłem z gabinetu. Na mój widok zmierzający w tę stronę kolejny maczo krwiodawstwa zachwiał się i osunął po ścianie na podłogę. Chciałem mu pomóc podźwignąć się z upadku i podałem rękę, z której zgięcia odpadł wacik z kroplą czerwonego morza krwi. Naturalnie na ten widok plasnąłem o taflę lśniących płytek. A kiedy odpływaliśmy z nowym kolegą w niebyt, zza drzwi usłyszałem lekki syk ognia i trzepot smoczych skrzydeł:
– „No, kurwa, następny. A jeszcze ósmej nie ma”.
Ale mnie już było wszystko jedno.
Na koniec posadzili mnie na recepcji. Dzieci szarpały mnie za brodę, seniorzy do moich sparaliżowanych dłoni wciskali kubki z moczem do analizy. Zrobił się wieczór. Wyniesiono mnie na przystanek, skąd zabrał mnie autobus. Ktoś zahaczył mi o rękę, z której wypadł wacik.
Tak, przepraszam, muszę stracić przytomn….
***
Dedykuję wytrwałym pielęgniarkom, które mimo, że muszą uporać się z podobnymi beznadziejnymi przypadkami jak ja – dają radę. Szacunek! 
[poczytaj również, jak rok później zostałem zmoczony]
Artykuł Umarł. Będzie żyć. pochodzi z serwisu Dawid Zmuda.
]]>Artykuł To jest prawdziwa historia pochodzi z serwisu Dawid Zmuda.
]]>Ktoś odłożył na chwilę lufę. Po obu stronach szeregowi zaczęli stroić okopy. Czym się dało. Ostatecznie lepiej, gdy łuski nabojów udają choinkowe ozdoby, niż przypominają o pogwizdującej nad głowami śmierci. Ktoś zaczął nucić, może nawet grać na szkockich dudach świąteczną melodię. I po chwili zza zwałów ziemi, zamiast strzałów, ci z drugiej strony usłyszeli kolędy.
Na moment zrobiło się cicho.
Z początku sami zaskoczeni, nieśmiało zaczęli przejmować melodię wigilijnej. Ktoś wreszcie zamiast rozkazu do ataku krzyknął nad okopami brytyjskie życzenia. Z tamtej strony zamiast granatów poleciały te niemieckie, może bawarskie.
O tej wojnie mówili „dziwna wojna”, ale tak dziwnego dnia nikt tu wcześniej nie widział. Oficerowie nie tylko niechętnie sprzeciwiali się tym nagłym życzeniom dobrze wrogom, ale nawet w końcu ustalili między stronami tego małego kawałka frontu rozejm. Być może nad tym tylko kawałkiem wojennego szaleństwa zaświeciła wtedy pierwsza gwiazda, bo jak tylko wieść o rozejmie się rozniosła, ze sztabów popłynęły rozkazy natychmiastowego przerwania tej herezji. Na szczęście w okopach nie trudno o awarie telegrafów, a w każdym razie nie tak trudno udawać, że je chwilowo szrapnel lub szlag trafił. No więc udawali przez jakiś czas po obu stronach, że stukające maszynki nie działają i wbrew wszystkiemu rozejm przedłużali.
Kto rozsądny na strasznej wojnie wychodziłby na pole niczyje w stronę wroga? Nikt. Ale tam chyba naprawdę zaświeciła gwiazda betlejemska. Szeregowi, a później podoficerowie i oficerowie wyszli na tę ziemię niczyją. Dzieliła ich na długość celnego strzału, który tym razem oddali za proste prezenty.
Podeszli do siebie z obu stron, niepewni, czy zrozumieją mowę i zamiary. Wyciągnęli dłonie uzbrojone w kawę (paskudną, ale jednak), kawałki tabliczek czekolady i suchary.
Ktoś doniósł niemal wrzącą wodę, więc pili tę wstrętną, ale wspólną kawę. Pokazywali sobie blizny po ranach i wyjęte z kieszeni niewrogich przez moment mundurów zdjęcia swoich narzeczonych, rodzin i dzieci. A potem między okopami urządzili mecz piłki nożnej. Strzelali wreszcie nie nabojami i nie do siebie, ale piłką w bramki lub Panu Bogu w okno, z którego patrzył i sam chyba nie dowierzał, że urodziny biednego, żydowskiego chłopca mogą dokonać cudu. Bo zawsze to jednak cud, postawić się Herodom tego świata i po prostu chcieć wspólnie przeżyć.
Oficerowie nadal udawali, że nie dochodzą do nich rozkazy rozwścieczonych generałów dyktowane przez jeszcze bardziej oszalałych polityków. Ci ostatni, jak to oni, siedząc daleko od frontu w wygodnych gabinetach, skazywali innych na śmierć, opowiadając wdowom i sierotom na osłodę bajki o bohaterstwie. Chętnie. Zwłaszcza, że słowo “bohater” kosztuje mniej niż blaszka karabinowego naboju.
Tymczasem między okopami zamiast żołnierzy padały gole, zamiast gwizdków do boju odgwizdywano rzuty wolne. To trwało dłużej, niż mogło. Herodowie właściwie wysyłali już gazy bojowe, które miały zakryć na zawsze swoich i wrogów. Rozejm dobiegł końca – musiał, jeśli ktoś w ogóle miał to przeżyć. Odgwizdano koniec meczu, wymieniono ostatnie kartki i życzenia. Wrócili do swoich okopów, gdzie czekali już nowi oficerowie. Nie mieli wiele do powiedzenia, wystarczał gest dłonią rozsyłający powracających na bojowe pozycje.
Któryś z nowych oficerów podniósł do ust gwizdek i odbezpieczył pistolet. Umilkły kolędy.
To było naprawdę. Rok później niedaleko tego miejsca znów ktoś próbował przerzucić życzenia, ale na wszelki wypadek przysłano jeszcze nowszych stróżów prawomyślności. Jednak dzięki tym chłopom, którzy wyszli na ziemię niczyją, bo woleli strzelać piłką do bramek niż kulami do ludzi — z tej wojny zostało coś, co mnie porusza co święta. Rozejm bożonarodzeniowy. Poczytajcie o nim, jeśli chcecie, bo warto. Warto poznać ludzi, którzy chcieli być bardziej niż tylko spustem i celem.
Bo prawdziwe życie jest poza okopami.
I tego nam życzę w te święta. Żebyśmy chcieli być bardziej dla siebie nawzajem. Skoro można.
Artykuł To jest prawdziwa historia pochodzi z serwisu Dawid Zmuda.
]]>Artykuł #LubięFormyŻeńskie pochodzi z serwisu Dawid Zmuda.
]]>Jak już napisałem, lubię pasjami. Lubię jego różnorodność i bogactwo form, dzięki którym opisuje i tworzy rzeczywistość. Lubię jego elastyczność i wcale nie powszechną w świecie języków zdolność przenikania w różne zakamarki rzeczywistości. Dlaczego zatem mam uparcie odrzucać rodzaj żeński np. w nazwach zawodów? Dlaczego – na siłę! – mam przycinać coś starszego, większego i bogatszego ode mnie do swoich wyobrażeń o świecie i pretensji co do tego, jaki być powinien?
Otóż #LubięFormyŻeńskie. Lubię bardziej, niż trwanie w nielogicznych przyzwyczajeniach językowych. Bardziej, niż fajerwerki produkowanie w niby-dyskusjach przez spawaczy „będzie” z „bo tak nie było”. Lubię formy żeńskie, bo żyję w realnym świecie, a nie w wyobrażeniu o nim (no, w każdym razie staram się, jak tylko mogę).
#LubięFormyŻeńskie, bo lubię wiedzieć o świecie ludzi. I wolę słuchać tego, co mają do powiedzenia i jak chcą o tym opowiadać, niż dyktować im, co i jak chcę słyszeć.
Zgadzam się z tym, co napisano w przywoływanym stanowisku RJP: nie ma co robić rewolucji. Język to nie miejsce wojny, tylko życia. Tyle, że nasze okna warto otworzyć, przewietrzyć i dać miejsce na zmianę. Dyskutujmy, spierajmy się, gódźmy, ale nie mylmy naszych gustów z tym, co język poprawnie daje nam do tworzenia. Bo język jednak daje nam możliwość tworzenia poprawnych form, daje narzędzia słowotwórcze i gramatyczne, choć każdorazowe ich wydobywanie możne być czasochłonne, choćby ze względu na zastane dziś konteksty znaczeniowe. Ale to są sprawy wtórne, nie najbardziej istotne dla żywego języka. Dlatego socjolożki, magistry i wszelkie inne – jesteście u siebie w języku polskim i nie dajcie z siebie robić kopciuszków. Nawet, jeśli czasami musicie się zmierzyć z tym, że niektóre formy zostały zajęte znaczeniowo i trzeba jakoś się z tym pogodzić, poszukać innych rozwiązań. I może czas zacząć ignorować zaczepki na temat rzekomych ideologicznych powodów wprowadzania form żeńskich nazw zawodów i stanowisk. Dyskutujmy o tym, jakie ich formy są najbardziej uzasadnione dziś, jeśli akurat bywa to niejasne. Ale skończmy już z biciem piany. To język polski, a nie prosektorium form zastanych.
Przy okazji warto dodać, że nie za bardzo ma sens mówienie o wprowadzaniu tych form do języka. To jest po prostu odkrywanie ich zasłoniętej części. Mówiąc inaczej, to odsłanianie kawałka nogi, a nie dokręcanie kolejnej.
Na ten temat będą nadal powstawać prace naukowe, a o wiele częściej posty domorosłych znawców i znawczyń. Na pierwsze mam za mało wiedzy, na drugie za mało cierpliwości. Może dlatego kiedyś, w trakcie rozmowy na ten temat wymyśliła mi się fraszka:
“Sztłukł mi żęby ten sztok górszki”
Rzekł raz pacjent do chirurżki.
Cóż to jest za fantastyczna forma! Na ile sposobów można wygiąć język, zwijać usta w trąbkę, ćwiczyć wiązadła, żeby móc ją swobodnie odmieniać! Jakim leniem językowym trzeba być, żeby stwierdzać: tego się nie da przeczytać! A fe! To przy Tuwimie i innych to samo lenistwo musi pchać do czynów hahaharahiri!
No i jak? Mamy sobie odmawiać również i takich przyjemności uśmiechniętych? Nie lepiej je polubić? Nie lepiej bawić się językiem, który daje niesamowite możliwości wyrażania tego, co dzieje się wokół?
A po tym wszystkim, co tu napisałem, trzeba jeszcze powiedzieć zwykłe dziękuję kobietom, które już z poselskim mandatem upomniały się o to, żeby w polskim sejmie móc używać języka polskiego choć trochę pełniej. Żeby to było możliwe, potrzebne były wieloletnie już i codzienne starania zwracające uwagę na tę sprawę. Starania kobiet przypominających o jednej z najprostszych spraw: odpowiednie dać rzeczy słowo! Rzeczy! A co dobiero człowiekowi.
I to trzeba przypominać: te zmiany na dobre dzieją się niestety przy niewielkim wsparciu choćby moich znajomych po fachu. Redaktorki i redaktorzy, podobno tak rozkochani w naszym języku – doceńcie, że ktoś za was dba o to, co tę mowę czyni bogatą. Siedząc nad tekstami, odłóżcie ideologiczne podręczniki, zerknijcie na to stanowisko RJP, weźcie oddech i spróbujcie wrócić do pracy z językiem żywym. To wyjdzie nam wszystkim na dobre. Język polski jest naprawdę na tyle bogaty, ciekawy i mocny, że radził i będzie sobie radzić z większymi zmianami, o których ma mówić. A zdaje się, że trochę o tym zapominają ci, którzy przywiązują język do swoich przekonań. Po prostu, wypuśćcie go na świat, on się tam nie zagubi i nie zginie. Przeciwnie! Nabierze barw, dzięki którym lepiej ten świat opowiemy.
* * *
PS. Poprzednia miniwersja tekstu była napisana w lutym 2018 roku, przy okazji stworzenia prostej nakładki na zdjęcie profilowe z #LubięFormyŻeńskie. Aby ustawić nakładkę na zdjęcie profilowe FB – KLIKNIJ TU, (lub po kliknięciu w swoje zdjęcie profilowe wybrać “Dodaj nakładkę” i wyszukać “Lubię Formy Żeńskie” – tam będzie nakładka gotowa do użycia).
Artykuł #LubięFormyŻeńskie pochodzi z serwisu Dawid Zmuda.
]]>Artykuł Teatr Nikoli pochodzi z serwisu Dawid Zmuda.
]]>Zobaczyłem ich po raz pierwszy jakieś dziesięć lat temu na OFTENie, festiwalu teatrów niezależnych organizowanym od lat w Ostrowie Wielkopolskim. Moja redakcja patronowała medialnie kolejnym trzem edycjom tych spotkań ludzi sceny, więc spędzaliśmy kolejne wieczory i noce na oglądaniu spektakli, nad ranem pisaliśmy recenzje, rano biegliśmy z bułką w zębach na omówienia tych spektakli z jury i artystami. Wśród sporej ilości ciekawych zespołów kilka było wybitnych w tym niełatwym nurcie żywego teatru. Któregoś wieczoru, w fantastycznym wnętrzu niewyremontowanej wówczas jeszcze starej synagogi, nieruchomą ciemność obudził teatr pięknego ruchu.
Tamten spektakl będę już chyba zawsze polecać w ciemno i dzięki niemu nie tylko zacząłem się fascynować, ale i przyglądać bliżej teatrowi bez dźwięku słów. Historia luźno oparta na motywach „Lolity” Nabokova wyjęła mnie z rzeczywistości i niosła, gdzie chciała. Niemożliwy do przeoczenia swoją fizycznością Mikołaj Wiepriew i Dominika Jucha, filary Teatru Nikoli, przeczyli na scenie prawom świata niewyobraźni i skazywali na niebycie rozum sceptyczny. Bez wojny wprowadzali pokój między światem wzruszenia i uśmiechu. Dotyk zamieniali w taniec, a taniec sprowadzali do małych drgnień palców. „Lolita Dolly” łącząca w sobie co najmniej dwie historie jest świadectwem zamiłowania do teatru w jego najbardziej podstawowych formach.
Mikołaj, który przywędrował do Krakowa z Rosji przez Kijów, zrzekł się dźwięku słów, ale nie porzucił ich sensu, który razem ze swoimi uczniami i współtwórczyniami unosi na cichych gestach. Dzięki temu Teatr Nikoli może rozmawiać z publicznością pod każdą chyba szerokością geograficzną. A może to robić – i robi – podobnie jak inne teatry niezależne, które czasami są bezdomne, nawet jeśli znajdują jakiś wypożyczony dach nad głową, z szafą i paroma deskami pod stopami. Dach na tyle trwały, żeby dać przetrwać szafie z scenografiami, a na tyle mały, że wygodniej jest do niego wracać, niż ciągle pod nim siedzieć.
Ta bezdomność z wyboru teatrów niezależnych wyzwala umiejętność kreowania przestrzeni – innych co spektakl. To – obok gry aktorów – jedno z najtrudniejszych wyzwań, z jakimi muszą mierzyć się twórcy. Scenografia musi być adaptowana do zmiennych warunków: ilości miejsca, światła, dźwięku, możliwości zastosowania środków audiowizualnych, rozmieszczenia publiczności. Ten ostatni warunek zresztą jest czasami powodem, przez który teatr ruchu traci. Jeśli widzowie nie mogą swobodnie widzieć całości postaci – nie zobaczą wszystkich niuansów i nie docenią kunsztu aktorskiego, który czasami wygrywa się „w parterze”, na deskach. Choćby w „Starym gołębniku” warto obserwować grę po same stopy – inaczej nie dostrzeże się, jak dosłownie od głów do palców nóg aktorzy budują postacie, oddając im całą swoją fizyczność. I tu musi pojawić się jeszcze raz ona – Dominika Jucha – która odkrywa na scenie inne przestrzenie niż te, w których porusza się Mikołaj, wnosząc w spektakle jakieś szczególne drżenie, na którym wiarygodnie rozpinają się nieśmiałość, strach i śmiech.
Po dłuższej przerwie miałem okazję zobaczyć ich wczoraj. W czasie warszawskiego Smolna Fest teatr zagrał „Stary gołębnik”. Nie ukrywam, że to przedstawienie słabsze niż „Lolita Dolly” czy „Maruczella” czy „Impresario”. Brakuje w nim tego, co sprawa, że Teatr Nikoli łatwo odrywa nas od ziemi – ciągłej opowieści. Przeszkadzało mi tu rozejście między dobrze (jak zwykle) przygotowaną grą i fragmentarycznością narracji. To trochę tak, jakby co chwilę przesadzać dobrze rozwijające się kwiaty. Postawienie na etiudy bardziej niż na rozwój historii nie wychodzi w tym spektaklu na dobre i powoduje, że raczej zapamięta się te czy inne obrazy niż magię. A to właśnie magia Nikolijczyków wyzwala w widzach dziecko, o czym w jednym z wywiadów ładnie mówi Mikołaj Wiepriew.
Po dziesięciu latach podglądania krakowskich magów sceny mam wrażenie, że nadal jest w nich ciekawość sceny, emocji i opowieści. A być może nawet widza, co nie jest cechą częstą. Myślę, że nadal jeszcze szukają czegoś poza zagraniem tu i teraz. I – jak to w teatrze – czasami wychodzi im bardziej, czasami mniej. Ale bez ich prób ruch na scenie nad Wisłą byłby uboższy. I to nie tylko o nieuchwytną – i być może zupełnie subiektywnie odczuwaną – atmosferę, ale i o świadomość sceny, kunszt, warsztat i fizyczną dyscyplinę aktorską. A to dziś bardzo dużo. Dlatego Teatr Nikoli to po prawie trzydziestu latach nadal T E A T R u źródeł.
***
Zobacz: Teatr Nikoli na facebooku
PS. Mam nadzieję, że kiedyś – jakimś cudem – uda się odzyskać materiały, jakie publikowaliśmy w miesięczniku ScenaMyśli, a między nimi również dwa teksty i wywiad z Dominiką Juchą i Mikołajem Wiepriewem. Póki co, taki mój dodatek do tamtych nieobecnych dziś tekstów.
Artykuł Teatr Nikoli pochodzi z serwisu Dawid Zmuda.
]]>Artykuł Dzień włóczykija pochodzi z serwisu Dawid Zmuda.
]]>Zacząłem się włóczyć pod koniec podstawówki i nie oddałbym tego za najfajniejszą sofę, na której mógłbym przesiedzieć ten czas przed telewizorem albo czymś takim. Ruszyłem i jakoś zazwyczaj wybierałem boczne ścieżki, albo nawet i bezdroża. W międzyczasie coś budowałem, szedłem dalej, rzadko wracałem. Odkrywałem, że nie zawsze wszystko da się w drodze dobrze zrozumieć. Za to droga uczy, że kto się włóczy ten wie, że wie niewiele. Kto wędruje, ten nie stawia kropki po każdym zdaniu. Kto się szwęda po drogach i manowcach, ten nie stawia przymiotników jak wartowników przy ludziach.
Włóczykij w drodze wie, że kij jest do podpierania, podnoszenia, przyciągania i do stawiania na nim dachu z łopianowych liści, kiedy idzie deszcz. Kij to nie pałka. I zawsze ma dwa końce swojej opowieści.
Może to nie jest sposób na życie bardzo ułożone, nie jest też drogą na bycie kryształowo dobrym. Ale jest w tym coś, co Józek spod Turbacza nazywał ze swoimi sąsiadami ‚ślebodą’, swobodą. Wolnością, która odkrywa, że człowiek nie ptak, więc nie pofrunie – ale za to może schodzić niżej niż ptacy i wyżej niż myszy. Może obejrzeć się za siebie i zobaczyć, komu drogę pomógł zbudować, komu w drodze pomógł, nad kim dach zbudował, a komu zaszkodził, gdzie ważny list spalił i komu wszedł w żyto. Widzi po swoich śladach, komu jabłka z sadu ukradł dla rozrywki, a gdzie gruszki po nocy rwał dla głodnego.
Kiedyś włóczykijami bywali dziadowie, których po wioskach przyjmowano jako posłańców ze świata, bo widzieli i wiedzieli. I mogli, bo nie byli uwiązani sami sobą do siebie i swojego widoku.
Dziś tamtych dziadów nie ma, ale zawsze można ruszyć się od siebie i nie zawsze trzeba deptać po świecie podeszwami. Czasami warto zacząć od postawienia bosych stóp na trawie, żeby poczuć, że świat nas jakoś (z)nosi.
Dobrych i ciekawych dróg, włóczykije!
Artykuł Dzień włóczykija pochodzi z serwisu Dawid Zmuda.
]]>